Czyżby kolejny zwrot akcji w moim życiu...? Chyba tak, od 25 marca prowadzę drugi sklep. Już nie jestem po prostu ajentem, ale właścicielem dwóch placówek. Otwarcie drugiego punktu to chwilowo spełnienie moich ambicji zawodowych. Skończyły się czasy stania za kasą i pokątnego ogarniania reszty. W tym momencie mówimy o cichej walce, o odpowiedzialności za pracowników....
Otwieranie drugiego sklepu to ponowne przechodzenie przez kierat. Zaczęło się od wielkiego sprzątania, szaleństwa z towarowaniem.
Jak zawsze najistotniejszy jest czynnik ludzki, mam pod sobą kolejne dzieciaki, a w tym takiego jednego rudego, który siedzi teraz obok mnie i skrobie ołówkami po kartkach bloku. Dziewczyna, która miała po prostu być moim pracownikiem stała się kimś więcej.sukcesó Zaczęło się od długich rozmów, zabaw, wspólnych powrotów... Pojawiły się też kłopoty. W tym dzieciaku niestety widzę kawałek siebie. Jak zobaczyłam ją zniszczoną psychicznie bez wahania zaprosiłam ją do siebie; tydzień już ze sobą mieszkamy. Właśnie szykujemy się do przeprowadzki.
Może to trochę egoistyczne, fakt samotność doskwiera mi nieustannie. Teraz mam małego człowieka, którego bardzo lubię, za którego jestem poniekąd odpowiedzialna, bo przecież u mnie pracuje. Nie chcę mieć niewolnika, bo to nie o to chodzi. Chcę mieć kogoś, z kim będę mogła porozmawiać i jednocześnie zrobić tej osobie kawę rano. Bardzo mi zależy, by mój rudzielec miał swoje życie, swoje pasje; tylko niech czasem się pojawi.
Z jednej strony jest to ogromne ryzyko, bo przecież mogę stracić prawię przyjaciółkę i pracownika w jednym; z drugiej bez ryzyka nie ma sukcesów.
Liczę na relacje, która będzie bazować na wzajemnym motywowaniu się do pracy, pomocy w samorozwoju i oczywiście niezliczonej ilości śmiechu.
Coś więcej...? Szaleństwo! Nawet jeśli gdzieś taka myśl przeszłaby przez mój mały rozum należy ją natychmiast odrzucić. Byłoby to piekielnie nieuczciwe. Granie na czyiś emocjach, kupowanie go pomocą to jest zbyt wyrafinowane nawet jak na mnie. W sprawach zawodowych oczekiwanie, a wręcz domaganie się wdzięczności w zamian za wcześniejszą pomoc jest czymś oczywistym. Tu jednak chodzi o uczucia, o czyjeś życie. Sama jestem zniszczona przez bagaż emocjonalny i brak wyciągniętej pomocnej dłoni. Nie chodzi tu o naprawianie świata, nie będę wysyłać wody do Afryki, to nie dla mnie; dużo więcej satysfakcji daje mi poskładanie i wypuszczenie w świat małej istotki, która nie zasłużyła na przeżywanie piekła w domu.
Jak zobaczyłam rudzielca zapuchniętego od płaczu przypomniałam sobie moje noce na magazynie, bo przecież do domu nie było po co wracać.
Boje się, że przywiążę się do tej dziewczyny, a ona będzie już na tyle silna, że nasze drogi się rozejdą.
Leżąc w łóżku zastanawiam się, czy właśnie nie spełniło się moje małe marzenie. Znaleźć kogoś, kim będę mogła się poniekąd opiekować, komu będę mogła dać nieco ciepła, kto zrozumie moje zaangażowanie w prace, ale z drugiej strony będzie na tyle samodzielny by nie ograniczać mojej suwerenności.
To by znaczyło, że wystarczy bardzo chcieć, by się udało, oby z pracą też ka było.
Teraz jak są dwa sklepy 'mamona' jest, czas zacząć walczyć o siebie. Następnym celem zawodowym jest dostanie się do centrali firmy. Przede mną dużo pracy, trzeba w końcu zrobić prawo jazdy, nauczyć się samodyscypliny, skończyć kurs angielskiego, studia i wszystkie kursy, które się natrafią, a będą pomocne w rozwoju.
Plan jest prosty. Z początkiem czerwca się przeprowadzamy, do większego pokoju. Każdy wyznaczy sobie cele i działamy.
Zabieram się za prawko, jak skończę kurs zapisuję się na angielski. Dead linie na zakończenie kursu jest w październiku, bo to czas na studia.
Zbyt dużo czasu już przeleciało mi przez palce, do 30 roku życia muszę jeździć służbowym, manadżerskim samochodem i mieć biuro w PFC Anderia. A to niespełna 8 lat...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz