Goo Goo Dolls - Iris
Miliony myśli plączą się w mojej głowe, owładnięte sennymi marzeniami o nim. O moim aroganckim młodzieńcu, który skradł mi serce, o tym który odebrał mi cnotę wbrew woli, o tym, który zranił i porzucił. Dlaczego moje myśli nadal krążą dokoła niego? Nie wiem, nie umiem tego sensownie wyjaśnić. To już dziesięć miesięcy jak czułam jego oddech na mej szyi po raz ostatni... A ja wciąż za nim tak bardzo tęsknie.
A może to ona? Może to Służebnica Lamii wciąż przechowuje jego obraz w swej pamięci? Ohh... to staje się nie od zniesienia. Zwłaszcza teraz, gdy przecież jestem w stałym związku, gdy mam u boku kogoś, kto mnie kocha, kogoś, kto słowami daje mi wszystko, całego siebie. Ale czy tak jest?
Przecież od zawsze słyszę, że to firma jest najważniejsza, a ja... wiecznie na drugim planie. Czasem czuje się jak etatowa praczka, kucharka i ladacznica w jednym. Z jednej strony znam ten stan doskonale, ale... to po prostu nie jest to samo. Tu nie chodzi o chwile uniesień, tu nie chodzi o zasobność portfela, ale o sam sposób bycia. Tak bardzo brakuje mi róż z biało-błękitnymi płatkami....Przecież ja wiem, doskonale wiem, ile razy przez niego płakałam, ale zawsze, przeklęte zawsze mu wybaczałam. A teraz...właśnie wróciłam z pracy, siedzę przy stole i tyle, ani trochę nie mam ochoty kłaść się do łóżka. Niby chciałabym się przytulić, ale nie po tym co zastałam. Poświęciłam cały ranek na ogarnięcie mieszkania, chciałam tylko trochę pomocy, ale...znów się przeliczyłam. Zastanawiam się, co mam zrobić by ten ktoś mnie zauważył.
Bycie cieniem, oddalenie, te uczucia znam doskonale, ale... najgorsze jest, że zaczynam się go bać. Nie chce znów wspominać o imprezie sylwestrowej. Problem w tym, że ostatnio coraz częściej zdarzają się jakieś szarpnięcia. Może to przez stres w pracy? Znów... kolejny, którego chce usprawiedliwiać. Nie...Przecież jego usprawiedliwiałam za wszystko, a przy tym sama nie byłam święta; teraz zresztą też nie jestem.
Najgorsze jest to, że czuje się trochę ograniczona, staram się zrozumieć, że on chce dla mnie dobrze, ale dlaczego tak bardzo? Dlaczego muszę ukrywać spotkania z przyjaciółmi, znajomymi, ukrywać siebie...?
Podobno jeśli ktoś każe Ci wybierać, należy właśnie jego odrzucić, a co jeśli będę musiała to zrobić? Przecież ja tego nie chcę.
Zastanawiam się, jakim cudem mogę jeszcze patrzeć w lustro. Po prostu jestem już dokładnie taka jak ten młody szarmancki porywacz serc. Nie mam sumienia, a moja moralność jest tak giętka, że można zawijać na niej kokardki. Nie jestem z tego dumna. Z drugiej strony wygrywam na tym bardzo wiele.
Jutro znów będę się ukrywać. Pewien świeżo upieczony inżynier chce spędzić ze mną czas. To nic takiego, raz wyskoczyliśmy na imprezę, czasem popiszemy i tyle. Lubię, gdy pisze co potrzebuje, a dopiero później przychodzi po to do sklepu. A dziś...rozkładała mnie grypa, a on przyniósł mi herbatę z cytryną i miodem w termokubku, a później po niego przyszedł i tak uroczo mnie szczypnął w bok... Ahh... Lubię z nim rozmawiać, podyskutować, wypić piwo. To chore i doskonale to wiem, ale widzę w jego ciętym języku odrobinę mojego aroganckiego złodziejaszka.
Nadal mam obsesję na jego punkcie, tylko nauczyłam się ją ukrywać. Składam go z cech klientów, których obsługuję, to ktoś ma podobne rysy twarzy, to podobny głos, to równie odstające uszy, czy rozczochrane włosy. Boje się, że do końca życia będzie mnie to prześladować.
Boje się też, że tak bardzo mnie zranił, że już nikomu nie zaufam i nie oddam się tak jak jemu. Chociaż nie... to, że nikomu już tak się nie oddam jest pewne.
Może faktycznie jestem modliszką, która liczy tylko na siebie. Może po prostu trzeba przeczekać i uciec. Może jeszcze kiedyś dostanę różę o błękitno-białych płatkach...
A może to ona? Może to Służebnica Lamii wciąż przechowuje jego obraz w swej pamięci? Ohh... to staje się nie od zniesienia. Zwłaszcza teraz, gdy przecież jestem w stałym związku, gdy mam u boku kogoś, kto mnie kocha, kogoś, kto słowami daje mi wszystko, całego siebie. Ale czy tak jest?
Przecież od zawsze słyszę, że to firma jest najważniejsza, a ja... wiecznie na drugim planie. Czasem czuje się jak etatowa praczka, kucharka i ladacznica w jednym. Z jednej strony znam ten stan doskonale, ale... to po prostu nie jest to samo. Tu nie chodzi o chwile uniesień, tu nie chodzi o zasobność portfela, ale o sam sposób bycia. Tak bardzo brakuje mi róż z biało-błękitnymi płatkami....Przecież ja wiem, doskonale wiem, ile razy przez niego płakałam, ale zawsze, przeklęte zawsze mu wybaczałam. A teraz...właśnie wróciłam z pracy, siedzę przy stole i tyle, ani trochę nie mam ochoty kłaść się do łóżka. Niby chciałabym się przytulić, ale nie po tym co zastałam. Poświęciłam cały ranek na ogarnięcie mieszkania, chciałam tylko trochę pomocy, ale...znów się przeliczyłam. Zastanawiam się, co mam zrobić by ten ktoś mnie zauważył.
Bycie cieniem, oddalenie, te uczucia znam doskonale, ale... najgorsze jest, że zaczynam się go bać. Nie chce znów wspominać o imprezie sylwestrowej. Problem w tym, że ostatnio coraz częściej zdarzają się jakieś szarpnięcia. Może to przez stres w pracy? Znów... kolejny, którego chce usprawiedliwiać. Nie...Przecież jego usprawiedliwiałam za wszystko, a przy tym sama nie byłam święta; teraz zresztą też nie jestem.
Najgorsze jest to, że czuje się trochę ograniczona, staram się zrozumieć, że on chce dla mnie dobrze, ale dlaczego tak bardzo? Dlaczego muszę ukrywać spotkania z przyjaciółmi, znajomymi, ukrywać siebie...?
Podobno jeśli ktoś każe Ci wybierać, należy właśnie jego odrzucić, a co jeśli będę musiała to zrobić? Przecież ja tego nie chcę.
Zastanawiam się, jakim cudem mogę jeszcze patrzeć w lustro. Po prostu jestem już dokładnie taka jak ten młody szarmancki porywacz serc. Nie mam sumienia, a moja moralność jest tak giętka, że można zawijać na niej kokardki. Nie jestem z tego dumna. Z drugiej strony wygrywam na tym bardzo wiele.
Jutro znów będę się ukrywać. Pewien świeżo upieczony inżynier chce spędzić ze mną czas. To nic takiego, raz wyskoczyliśmy na imprezę, czasem popiszemy i tyle. Lubię, gdy pisze co potrzebuje, a dopiero później przychodzi po to do sklepu. A dziś...rozkładała mnie grypa, a on przyniósł mi herbatę z cytryną i miodem w termokubku, a później po niego przyszedł i tak uroczo mnie szczypnął w bok... Ahh... Lubię z nim rozmawiać, podyskutować, wypić piwo. To chore i doskonale to wiem, ale widzę w jego ciętym języku odrobinę mojego aroganckiego złodziejaszka.
Nadal mam obsesję na jego punkcie, tylko nauczyłam się ją ukrywać. Składam go z cech klientów, których obsługuję, to ktoś ma podobne rysy twarzy, to podobny głos, to równie odstające uszy, czy rozczochrane włosy. Boje się, że do końca życia będzie mnie to prześladować.
Boje się też, że tak bardzo mnie zranił, że już nikomu nie zaufam i nie oddam się tak jak jemu. Chociaż nie... to, że nikomu już tak się nie oddam jest pewne.
Może faktycznie jestem modliszką, która liczy tylko na siebie. Może po prostu trzeba przeczekać i uciec. Może jeszcze kiedyś dostanę różę o błękitno-białych płatkach...
