piątek, 1 lutego 2013

Come back to the dark.

  Znów trudne dni, nie umiem się pozbierać. To bez sensu, ale ... Chodzi o niego. Wyrzuciłam go z umysłu, a właściwie to uświadomiłam sobie, że nigdy nie będzie  na prawdę mój i wszystko się posypało. Łatwiej jest rano wstawać, męczyć się z jakimś zadaniem, gdy ma się dla kogo to robić. Niby wszystko robi się dla siebie, jednak ja tak nie potrafię. Widocznie coś jest ze mną nie tak. Na chwilę obecną nie mam z nim kontaktu i wydaje mi się, że tak już zostanie. Może to i dobrze... Przynajmniej nie żyję już nadzieją, właśnie, ja nie żyje.
  W sumie, w tej bezgranicznej beznadziei jest światełko, nie pale, nie piję, zaczęłam ćwiczyć i od 5 dni nie zjadłam czekolady. Z to się ciesze, ale to dotyczy ciała, a źle jest z moją psychiką.
Dziś jechałam do kumpla po książkę do polskiego, znów to czuję, znów jestem rozdarta. To boli. Nieświadomie podpisałam się F. nie panowałam nad tym, to samo wyszło. Do tego podróż tramwajem. Stojąc na przystanku odeszłam możliwie najdalej od ludzi, wiał przeszywający wiatr, a ja stałam i rozkoszowałam się jego dźwiękiem, każdą kroplą deszczu, która mnie atakowała. W tramwaju stałam oparta o barierkę, facet, który siedział przede mną zlustrował mnie gdy tylko wsiadłam, potem cały czas się patrzył. Zaczęłam się w niego wpatrywać, widziałam jak się denerwuje, najpierw zaczął odwracać wzrok, potem przyszedł czas na dłonie, przekładał nerwowo palce. Jego nerwy i zakłopotanie napawało mnie tym nietypowym rodzajem rozkoszy, takim jak czułam przed rokiem.
Przed przeznaczeniem nie da się uciec, ona powiedziała, że to będzie we mnie już na zawsze. Czas się z tym pogodzić, zacząć odziewać się długie szaty kryjące nędzne ciało, rozpuścić włosy, by twarz ukazywała się nielicznym. Świat ludzi nie jest miejscem dla mnie, wiem to doskonale, nie mam zamiaru się w nim męczyć. Żałuję tylko, że tak długo trwało nim doszło do mnie, kim naprawdę się stałam. Ukrywanie się wśród nich nie ma sensu, nic nie daje; 'to' i tak mnie znajdzie, mi pozostaje wybrać, czy pozwolę na to co nieuniknione, czy będę się wzbraniać i cierpieć.

'Wspiąć się na szczyt to nie sukces, sukcesem jest się tam utrzymać'. Te słowa to najświętsza prawda, jestem na szczycie (jeśli chodzi o szkołę), ale czuje, że upadam. Zresztą, we wszystkim 'upadam', a może nie ... W każdym razie z pewnościom nie ma postępów. Czas oddalić się do krainy Morfeusza i wraz z odchodzącą nocą pozwolić odejść ludzkiej części mnie. Czas  wrócić w mrok, w którym moje miejsce i ostoja.