Znów przegrałam. To bez sensu, jestem coraz grubsza przestaje się dopinać, widzę to, a pomimo wszystko jem i nie umiem przestać. Jak tak dalej pójdzie, zacznę jeść waciki... Serio.
Zdaje sobie sprawę, że to beznadziejne, ale mam dość siebie. Mam dość leżenia w łóżku przed zaśnięciem i tego uczucia ciężkości, tych fałd tłuszczu, które na mnie są.
Robiłam to wiele razy, ale teraz mam już dość, tak bardzo, bardzo. Od TERAZ, koniec, ze wszystkim. Z podjadaniem i przejadaniem się. Czasem, żałuję, że nie mam tak, że ze stresu chudnę; ja niestety stres i smutki zajadam, a że ostatnio trochę tego było to mam 'piękny' efekt. Rzuciłam palenie, tak do końca, możliwe, że to też miało na to wpływ. Najgorsze jest to, że ja widzę, jak jest źle, ale nie potrafię nic z tym zrobić. Ale TERAZ, dziś, tej nocy zmieniam to. Zacznę ćwiczyć, jestem w stanie nawet wcześniej wstawać. W pokoju mam wystarczająco miejsca.
Postanowienia noworoczne nie istnieją, każdy dzień jest dobry na zmiany. Mój dzień, moja noc... To ta noc.
Spotkałam się z nią, Siostrą. Pogadałam, było mi to potrzebne. Ostatnimi czasy, bardzo dużo zrozumiałam. Pozwoliłam sobie na zbyt wiele. Świat ludzi nie jest miejscem dla mnie, moja wyobraźnia, ja... Jesteśmy zbyt zawiłe, by móc być zrozumianym. Chciałam ją zgładzić, by się dopasować. To był niewyobrażalnie wielki błąd. Czas wrócić, do nocy spędzonych nad książkami, do rysowania.
Naprawdę, niezmiernie się ciesze, że otwarcie sobie z Nią porozmawiałam, było nam to potrzebne. Gdzieś tam, głęboko w moim sercu, w tej części, która jeszcze nie jest zamrożona, liczę, że nasza utopia stanie się realna.
Jak rozmawiałyśmy, nie mogłam nie zapytać o niego. Okazało się, że bardzo się zmienił, mam nadzieje, że nic mu się nie stanie, nie spotka go to co mnie.... To głupie, ale nadal się o niego martwię, zastanawiam się co u niego, jak się czuje.
To chyba wszystko, co dziś mnie męczy. Mam nadzieje, że uda mi się pokonać moje słabości, przecież nie jedną już przezwyciężyłam...