piątek, 15 czerwca 2018

   Trochę mi wstyd za samą siebie, że pojawiam się tu dopiero w chwili, gdy w mojej głowie kłębią się myśli nie do opamiętania, gdy widmo zmian mnie po prostu przeraża.
Przez to pół roku jak mnie nie było zmieniło się niemalże wszystko dookoła mnie poza jednym, dla mnie najważniejszym elementem tej układanki. On... pomimo, że było kilka rozstań, to powrotów było tyle samo. Każda łza, która mi pociekła po policzku przez nasze niedomówienia była warta tego, co udało się zbudować, tego że teraz piszę tą notkę siedząc zawinięta w koc obok niego. Mam słuchawki w uszach, każde z nas jest zajęte, ale jednak czuje, że jestem z nim... Kocham go. Nie boję się tego powiedzieć.
   Zacznijmy od początku.
Siedem miesięcy temu oddałam jeden ze sklepów, który prowadziłam. Była to piekielna batalia, przede wszystkim ze samą sobą. Muszę cofnąć się w czasie jeszcze dalej; pamiętam jak w biurze po raz pierwszy po stole posypał się biały proszek. Czuła, że jest to początek końca. Może to była intuicja? Dopiero teraz, pół roku później jestem wstanie powiedzieć, i przede wszystkim przyznać się, że nie byłam gotowa na prowadzenie drugiego sklepu. Poczułam się kimś ważniejszym, zabrakło mi pokory. Skutki były tragiczne.
Dopiero po czasie zobaczyłam ile miałam dookoła siebie przychylnych osób. Przed wszystkim chciałabym pochylić czoło przed chłopakiem, który ze mną pracował. Owy młodzieniec przyszedł do pracy na początku tego całego zamieszania związanego z dwoma sklepami i odszedł, gdy historia drugiego sklepu się skończyła.
Początkowo nasza relacja była po prostu przyzwoita, dopiero piętrzące się przede mną problemy zbliżyły nas do siebie; nie spodziewałam się z jego strony takiego zaangażowania, a właściwie poświęcenia. Poświęcenia w sprawie, która z góry była przegrana. Młodzieniec bardzo angażował się w pracę, wspominałam już we wcześniejszych wpisach, że przez moje nieudolne zarządzanie zespołem straciłam kilku świetnych pracowników. Nie pracowników... Członków zespołu.
Z każdym dniem lepiej się poznawaliśmy, czuliśmy się swobodniej w swoim towarzystwie i nabieraliśmy do siebie wzajemnie zaufania.
Ja po prostu chciałam, żeby ktoś zrozumiał czym jest prowadzenie sklepu, by móc podzielić się swoimi troskami i obawami. Chorobliwie szukałam zrozumienia, można tu przytoczyć feralna relację z moją podopieczną W pewnym momencie faktycznie czułam, że mam niepisanego wspólnika i świetnego kumpla w jednym, może nawet przyjaciela. Doskonale pamiętam pracowaliśmy po kilkanaście godzin na dobę, czułam wsparcie, które mi pozwoliło przetrwać. Nie wiem, jak wyglądałaby moja sytuacja obecnie, gdyby nie jego poświęcenie.
On nie widział we mnie partnera w pracy, liczył że zostanę jego partnerem w życiu. Skąd ten pomysł nie wiem, nie potrafię tego w żaden racjonalny sposób wyjaśnić. Przecież znał mężczyznę, który bez zawahania mnie posiadł nieświadomie porywając moje serce.
Pamiętam jak dzisiaj... siedzieliśmy wykończeni na sklepie przygotowując go do zamknięcia, pomimo zmęczenia humory nam dopisywały, oboje wiedzieliśmy, że może być już tylko lepiej, że to ostatnia prosta i honor żadnego z nas nie pozwoli, żeby się teraz poddać.  Było wczesne weekendowe popołudnie, pogoda zachęcała by wyjść na spacer; dookoła panował spokój, wyglądając z za regałów rozmawialiśmy o wszystkim. W pewnym momencie nasza rozmowa zeszła na temat uczuć. Większość osób, która ze mną pracowała dłuższy czas doskonale wiedziała i rozeznawała się w temacie mojej relacji z panem, który właśnie siedzi obok mnie. W ten czas było to bardziej skomplikowane niż równanie kwantowe rozwiązywane na japonistyce. Mój wspólnik dopytywał mnie o to, jak się poznaliśmy, o to dlaczego pomimo tak wielu niejasnych sytuacji wciąż jetem gotowa do poświęceń.
Za każdym razem, gdy ktoś pytał o mężczyznę, dla którego straciłam bieliznę, serce i głowę już pierwszej nocy na twarzy pojawiał mi się uśmiech; nadal tak jest. Nawet teraz, opisując to wszystko po tych kilku miesiącach uśmiecham się do monitora ukradkiem spoglądając na niego.
Odpowiedziałam najszczerzej jak tylko potrafiłam, że poza doznaniami cielesnymi daje mi znacznie więcej. Jestem niemal pewna, że nawet nie wiedział jeszcze wtedy sam tego nie rozumiał.
Niemalże z wypiekami na twarzy opowiadałam o tym, że dzięki niemu czuję się po prostu wyjątkowa jako kobieta, że czuje się adorowana i pożądana, a jednocześnie szanowana, że dzięki niemu zebrałam w sobie na tyle siły, by coś zmienić, by po prostu otworzyć się na świat.
To było nieco przerażające, jak mój przyjaciel wyjrzał z za regału i z pełną powagą spojrzał na mnie i jasno dał mi do rozumienia, że nie tylko mężczyzna, o którym tak żywiołowo opowiadałam może mi to zapewnić. Później próbował złagodzić swoje słowa, że zupełnie zmienił mu się obraz postrzegania mnie po tym jak się lepiej poznaliśmy. Banały.
Sytuacji tragi komediowego klimatu dodała niespodziewania wizyta mojego księcia.



https://www.youtube.com/watch?v=AjpR6e8XuF0

W gardle od amoll

   Nie było mnie tu niespełna pół roku; sama nie potrafię zliczyć ile razy obiecywałam sobie, że usiądę i spokojnie podzielę się tym co w mojej głowie. Dlaczego tego nie zrobiłam, dlaczego zaniedbałam coś, co jest moim konfesjonałem? Nie wiem, nie umiem znaleźć przyczyny. Przecież zawsze doskwierał mi natłok obowiązków i brak czasu, a pomimo to byłam wstanie znaleźć choć kilka chwil, by opisać zdarzenia, które mnie kształtowały.
   Mam w głowie tyle obrazów, że sama nie wiem od którego zacz