Nie sądziłam, że dwa tygodnie mogą wywrócić niemal całe moje życie do góry nogami. Jestem już dorosła, ale nie czuję różnicy. Wszystko jest takie same. Dzień urodzin był niezwykle trudny.
Noc poprzedzającą mój wielki dzień przepłakałam, udało mi się zasnąć dopiero nad ranem. Obudziłam się niewyspana, z podkrążonymi oczami...Wyglądałam źle. Zmuszając się do życia zapaliłam papierosa i poszłam zrobić coś ze swoim zmęczonym ciałem. Nie zdążyłam... Przyszedł Tata, miałam z nim jechać. Trudno, zabrał brata i pojechali.
Wykrzesałam z sobie resztki sił, ubrałam się. "Nikt nie zepsuje mi tego dnia" szepnęłam cicho i wyszłam. Niepewnie, na szpilkach. Dziwnie się czułam, gdy idąc wszyscy na mnie patrzyli. "Spokojnie, prostuj kolana, nie garb się".
Dotarłam do Taty, tam spotkałam matkę chrzestną, całkiem miłe spotkani; moje myśli były daleko, bardzo daleko. Nie obeszło się bez pytań o matkę...Po co, po co o to pytacie? Przecież wiecie, że to nadal mnie boli.
Lekko zestresowana wsiadałam do taksówki, podjechaliśmy pod lokal. Goście już czekali. Przywitałam się ze wszystkimi i weszliśmy do środka; prawie się przewróciłam na śliskiej posadzce. Nie byłabym sobą, gdyby nie to [;
Goście się schodzili, składali mi życzenia i znów pytania "A Twoja mama będzie?", PRZESTAŃCIE!
Pojawiła się, z bukietem herbacianych róż, zaraz za nią szła babcia. Świat się jakby zatrzymał. Złożyły mi życzenia i ostentacyjnie podniesionym głosem oznajmiły, iż nie zostaną na uroczystości ze względu na mój stosunek do nich. Znów świat się zatrzymał, wszyscy odprowadzili wzrokiem dwie wiedźmy, nawet restauratorka stanęła jak wryta. Wzrok gości przesunął się na mnie, na szczęście Tatowy uratował sytuację. Złożył mi życzenia, oboje uroniliśmy łezki, uścisnął mnie...To było niesamowite, nie umiem tego opisać.
Zjedliśmy obiad, trochę się pośmialiśmy. Rozpakowałam prezenty i już, już musiałam testować notebooka...Pisałam z Nim, starszym młodym mężczyzną poznanym tydzień wcześniej.
Rozmawiałam z gośćmi, pożartowaliśmy. Uwielbiam ich! Przerwy na papierosa i trudne sprawy. Rozmawiałam z dziadkiem, babcia zmarła na koniec sierpnia. To było dziwne, po raz pierwszy poczułam taką wewnętrzną siłę, która kazała mi rzucić mu się w ramiona. Dziadek uronił kilka łez, to było straszne.
Atmosfera się rozluźniła, wino się lało, nadszedł czas na tort, przyjęcie potoczyło się swoim rytmem.
Wracając Tata opowiadał taksówkarzowi cały mój życiorys, wino przez niego przemawiało, był uroczy.
Weszliśmy, Tata powiedział swoje, ja poleciałam się przebrać.
No to zaczynamy się bawić, bijacz! Obcisła sukienka, marynarka w paski i świecące buciki. Szybkie ogarnięcie pokoju i lecę! Czuję się wolna, spokojna... Znów wszyscy na mnie patrzą tym razem spojrzenie przyciągało pudło z tortem.
Dojechałam na miejsce spotkania, spotkałam całą szaloną, już wstawioną ekipę. Śpiewali mi sto lat, wcinaliśmy tort i wprawialiśmy się przed wejściem do klubu. Tam jak zwykle, kamikadze na wejście, później tylko więcej alkoholu. Poznałam Finów, niesamowite. Przypadkiem, przed klubem gdy wyszłam na papierosa. Nie sądziłam, że mówię aż tak płynnie po angielsku. Szalałam z nimi na parkiecie, robiłam za ich tłumacza przy barze. Z klubu wyszliśmy jakoś po czwartej, w między czasie poznałam kobietę w średnim wieku, opowiedziałyśmy sobie całe życie.
After, aftera, czyli dalsze pijaństwo z Finami w ich hotelu, szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo. Było super, nigdy tego nie zapomnę!
Nie zapomnę też soboty, tydzień przed moimi urodzinami. Miałam wyjść z koleżanką na jedno piwo, pogadać... Skończyło się na imprezowaniu do rana. Uciekł mi tramwaj nocny, spóźniłam się dosłownie dwie minuty, idąc na deptakiem wspominałam cudowne chwile z czarującym młodzieńcem...
Była czwarta nad ranem, tramwaj miałam dopiero za pół godziny, było zimno a mój brzuch wołał o śniadanie. Poszłam na kebab, stojąc w kolejce zaczęłam rozmawiać z jakimś kolesiem, takie bezsensowne paplanie. Potem go zobaczyłam. Ciacho, ciacho, ciacho! Ogarnij się, uśmiechnij już, dalej! Gadaliśmy o bzdurach, okazało się, że jedziemy w tym samym kierunku. Bardzo bezmyślnie wsiadłam z nimi do taksówki, jego kolega usiadł z przodu, my z tyłu. Nawet nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Jego kolega wysiadał wcześniej, tuż obok mojego mieszkania. Zapytał, czy nie wysiadam... Głupia! Za trzy godziny zaczynasz praktyki...ale ja muszę mieć jego numer. Pojechaliśmy dalej, okazało się, że zafundowałam sobie tylko półgodzinny spacer nad ranem. Dostałam numer...i buziaka ;3
Jak na skrzydłach wracałam do mieszkania dzwoniąc do wszystkich z którymi byłam na imprezie by im powiedzieć o tym, co się stało.
Zaczęliśmy pisać i pisać...i więcej pisać. Musiałam sprostować to ile mam lat, ehh... Obawiałam się, że będzie gorzej. Codziennie spędzaliśmy po kilka godzin pisząc, do tego sms. Przemiłe uczucie. Udało mi się go wyciągnąć na spacer. Porażka! Byłam spęta, gadałam bez sensu, w ogóle za dużo gadałam. Musiałam go czymś ująć, skoro nadal pisał. Umówiliśmy się na piątek.
Koncert Jelonka, na samą myśl o tym przechodzą mnie zimne dreszcze. Wiedziałam, że spotkam tam młodzieńca, który mnie oczarował swoją arogancją. Gdyby, nie fakt, że nasz kontakt się pogorszył byłbym mniej zestresowana. Na szczęście kumpel ze szkoły też się wybierał. Poszłam z nimi, świetnie się bawiłam skacząc na B4 i później w klubie. Z nim wymieniłam tylko niedbałe 'cześć', później kilka razy odbiliśmy się od siebie w pogo. Mmm...Mogę powiedzieć, że jest niezwykle przystojny, czarujący, intrygujący... Co z tego? Pamiętaj, że to czas przeszły. Na początek się stresowałam, nie specjalnie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie marnuj tych chwil. Poszłam w pogo, skakałam, szalałam. Bawiłam się, nie zwracając uwagi nie niego. Myślałam o tym, co będzie po koncercie. Umówiliśmy się, że przyjedzie po mnie na koncert, skoczę się przebrać i spędzimy resztę nocy w towarzystwie butelki wina u niego.
Koncert trwał, chwilę posiedziałyśmy na schodach. Było miło. Koncert się skończył, wyszliśmy. Wychodziliście, Twój narzeczony się ze mną pożegnał, z niem wymieniłam tylko spojrzenie. Śmiesznie wyglądał w kaszkiecie. Zniknęliście mi za rogiem, a ja cały czas czekałam na niego bijąc się z myślami.
W końcu podjechał, wskoczyłam do samochodu. Po koncercie, cała mokra, wymęczona, ale szczęśliwa. Gadaliśmy o bzdurach, pośmialiśmy się. Pobiegłam się przebrać 'daj mi piętnaście minut, tylko mi nie uciekaj'. Cała w skowronkach wpadłam do mieszkania, ubrałam się w wcześniej przygotowaną sukienkę, poprawiłam makijaż. Ledwie idąc w szpilach wsiadłam. Uśmiechnął się i podarował kilka komplementów. Po drodze rozmawialiśmy, tym razem już nie o bzdurach. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wywinęła; wchodząc do klatki potknęłam się o próg i upadłam. Brawo geniuszu, świetne wejście. Na szczęście skwitował to tylko uśmiechem i nie nawiązywał do tego.
Weszłam, lekko zestresowana, pomógł zdjąć mi płaszcz i tajemniczo zaprowadził do kuchni mówiąc, że mam chwile zaczekać. Usiadłam, odszedł. Nie wiem, ile trwała tamta chwila, cały czas się uśmiechałam... Wrócił, chwycił mnie za rękę i zaprowadził do pokoju, a tam...lekki półmrok, świeczki rozstawione w całym pokoju. To było takie piękne, ogarnęło mnie nieziemskie uniesienie. Usiadłam, dystans był dość duży. Oboje czuliśmy się niepewnie. Zaczęliśmy rozmawiać o winie, że jest smaczne. Uhh...Spokojnie, spokojnie. Porozmawialiśmy, pośmialiśmy się. Nie tylko ja zaliczyłam wpadkę, zaplamił winem spodnie. To było urocze, nasze zestresowanie, nasza niepewność.
W pewnej chwil powiedział, że musi mnie na chwilę zostawić. Zniknął na dłuższą chwilę. Pojawił się z pokrojonymi owocami o roztopioną czekoladą. Jestem w przedsionku raju! Zaczęliśmy zajadać, dystans się zmniejszał. Byliśmy kilka centymetrów od siebie, zaczęliśmy się karmić, czekolada, która kapała była świetnym pretekstem by się do siebie zbliżyć. Pocałowaliśmy się. Mrr, mrr, mrr... Później było tylko milej. Cóż...Nie debatowaliśmy o losach wszechświata, cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Było cudownie, nie posunęliśmy się zbyt daleko. Ciesze się, że nie naciskał, że był taki czuły i delikatny. Czułam się jak księżniczka. Zasnęłam w jego ramionach nad ranem, obudziłam się obok niego i znów się przytuliłam. Obdarował mnie uśmiechem i całusem. Widzisz, to tak powinno wyglądać. Znów trochę poszaleliśmy, zwlekliśmy się z łóżka, wspólna poranna toaleta, a ja w jego koszuli. Tak pięknie pachniała... Dochodziło południe, odwiózł mnie do domu. Byłam padnięta, ale szczęśliwa. Zrobiło się późno, poszłam do pracy, byłam nieobecna, moje myśli cały czas były przy nim.
Teraz cały czas mamy piszemy. Chyba trochę za nim tęsknię...W tym tygodniu nie udało nam się spotkać, miał ciężki tydzień. Na prawdę ciężki, nie zazdroszczę mu. Dba o Ciebie, co marudzisz. Tak, stara się codziennie pisze, pyta co u mnie. Jest niesamowity, mam nadzieje, że rozwinie się to w coś poważnego.