Jestem pasztetem. Już jakiś czas temu zauważyłam, że przybyło mi kilka kilogramów, ale nie sądziłam, że jest tak źle. W sobotę farbowałam spodnie, by były bardziej czarne. Nie nosiłam ich od jakiegoś czasu, pamiętam, że jak odkładałam je do szafy były mi luźne... A teraz, ledwie się w nie wcisnęłam. Zdaje sobie sprawę, że to jak wyglądam to tylko moja wina. Przez ostatnie pół roku, jak było mi źle po prostu szłam po czekoladę albo coś. Moja mama sama jest przy kości, więc nie robiła mi wyrzutów widząc, że podjadam. Niestety, moja beztroska doprowadziła do katastroficznych skutków wyglądam jak mały katamaran.
Aktualnie ważę 76 kilo, za dużo. Sprawdziłam w dokumentach, we wrześniu warzyłam 70. To straszne i obrzydliwe. Nie mogę na siebie patrzeć. Moją wymarzoną wagą jest 66,6 kilograma, tak z przekory. Wiem, że jak się uprę to mi się uda. Więc koniec z podżeraniem i uszczęśliwianiem się tostami, czekoladą i sokami. Jeśli uporałam się z paleniem, to z tym też dam sobie radę.
Czas operacyjny hmm... Powiedzmy 4 miesiące. Nie chcę pozbywać się zbędnego balastu w ciągu miesiąca, bo to doprowadzi do tego, że wróci do mnie w ciągu następnego.
Zawsze zmieniając coś w sobie spisywałam plan. Punkty, które miałam zrealizować. Było kilka projektów, 'Aleksandra', 'Alex', 'Fene', teraz przyszedł czas na 'April'.
1. Schudnąć 10kg do maja. - muszę to zrobić, dla siebie. Chcę móc latem ubrać krótkie spodenki.
2.Punktualność - zawsze miałam z tym problem, czas to zmienić i oddawać prace w wyznaczonych terminach.
3.Nauka języków - muszę się do tego bardziej przyłożyć. Chcę wyjechać, a bez tego niewiele zdziałam za granicą.
Tym razem tylko 3 punkty przyszły mi na myśl. Ale, są dość trudne.
Na teraz to wszystko, nie mam natchnienia do pisania.