czwartek, 8 grudnia 2016


   Nie mogę przestać myśleć o Jego turkusowych oczach, które wpatrywały się we mnie rano. Wciąż przed oczami mam Jego lekko szpiczasty nos i kurze łapki wokół oczu, które dodają mu uroku...
Ohhh... That's horrible!
Kim On jest? To mężczyzna poznany na internetowym targowisku uczuć. Pod koniec wakacji wymieniliśmy kilka wiadomości, spotkaliśmy się... A później historia potoczyła się dokładnie tak samo jak z moim aroganckim młodzieńcem. Za dużo alkoholu, zbyt głośna muzyka i obudziłam się w nie swoim łóżku. Nie miałam wyrzutów sumienia, przecież jestem niezależna. A On... Po prostu mnie urzekł, nie myślałam, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy. Byłam po dość burzliwych, krótkich relacjach. Chciałam się odstresować i dobrze bawić. Nie pozwolił. Następny wieczór też spędziłam u niego.  
Nie umiem powiedzieć co mnie tak do Niego przyciąga. Przecież jest ode mnie szesnaście lat starszy, przecież wiele razy przez niego płakałam. Pozwalałam się poniżać. To było straszne, gdy powiedział mi prosto w oczy, że szuka sobie dziewczyny w swoim wieku przy porannej kawie po upojnej nocy. Później nie odzywał się prawie miesiąc. Chciałam wrócić do normalności, nawet zaczęłam się spotykać z mężczyzną również sporo starszym, ale spokojniejszym, który jest dla mnie ostoją.
Napisał, a ja rzucając wszystko poleciałam do niego i znów się z nim kochała, znów nie panowałam nad zmysłami. 
Jest jednocześnie podobny do mojego aroganckiego młodzieńca i PanaTaty, zdecydowanie, to mnie w nim tak pociąga. Niby wredny, ale jednocześnie bardzo inteligentny, wykształcony, żyje dokładnie tak jak to opisywałam nawet na tym blogu. 
Work hard, play hard. Alkohol, seks i dobra praca. Czy właśnie to nie jest mój idealny przepis na życie? Niestety tak. Niestety On jest uosobieniem tych wszystkich przyjemności. I ma nawet na imię tak jak PanTata i nie wymawia 'r' jak arogancki młodzieniec. To nie może być przypadek. 
Zauważyła, a może tylko chcę to widzieć, że ostatnimi czasy nasza relacja zaczyna wykraczać poza przyjemności cielesne.
Popełniam ten błąd co zawsze, ewentualnie można to nazwać drogą na skróty. Znów znalazłam kogoś, kto mi imponuje i zaczynam odtwarzać jego osobowość. Biorąc pod uwagę jak się to kończyło to nie mogę narzekać. Przecież dzięki podkradnięciu osobowości młodzieńcowi, który mnie opętał, gdy miałam naście lat teraz jestem właścicielką dwóch sklepów. Znalazłam drogę, która pozwoliła mi uciec od demonów przeszłości. Dzięki znajomości z Nim zaczęłam interesować się polityką i przywiązywać większą uwagę do wykształcenia.
Dlaczego?  Odpowiedź jest prosta. Niejednokrotnie czułam się przy Nim zakłopotana, niedouczona. Jędrne cycki są przydatne, ale czasami też trzeba rozmawiać. Czuje się pewniejsza od czasu jak zaczęłam zaglądać do Nesweeka regularnie. 

  Najgorsze w tym jest to, że mam świadomość, że moja relacja z Nim jest autodestrukcyjna. Zaczęłam nawet godzić się z faktem, że nigdy nie będziemy razem. Znów zdradzam, tak... Mam chłopaka, który o mnie dba, martwi się, a ja i tak biegnę do innego, bo... Bo ma w oku TEN błysk. Nie jestem z siebie dumna, z drugiej strony potrzebuje kogoś kto mnie przytuli, a On mnie fascynuje. 
Dałabym prawie wszystko, żeby móc dumnie powiedzieć, że On jest moim mężczyzną, żeby kawa w kubku z okrąglakiem była poranną rutyną. Ostatnio jest dla mnie milszy, jakby pokazywał swoje prawdziwe oblicze. Jak rano naklejał mi plasterek w biedronki na zraniony palec, jak mówi do mnie 'Myszko'... Zupełnie inny mężczyzna w porównaniu z tym, którego poznałam na początku. Najgorsze jest to, że przez to jeszcze bardziej nie mogę przestać o nim myśleć.
Dzisiaj rano... Krzątałam się w łazience, a On wszedł pod prysznic, dopytał które okulary włożyć... Takie nieistotne szczegóły, a zapadają mi w pamięć, a ja nie jestem wstanie się od nich uwolnić i chodzę ukrywając uśmiech cały dzień. 
Wiem, że dzięki relacji z nim moja osobowość będzie ciekawsza i bardziej barwna, że moje horyzonty się poszerzą.
Nie wiem, co mam robić, z jednej strony wiem, że ranię kogoś, kogo bardzo lubię na kim mi zależy; z drugiej czuję się opętana i zafascynowana Nim. Po prostu uwielbiam seks z nim, uwielbiam patrzeć w jego oczy, słuchać co mówi, jak mówi. Po prostu chłonąć całą sobą jego osobowość, jego... 

Czekam niecierpliwie na kolejne nasze spotkanie... 
A ostatnio nawet przyznał, że mnie lubi i że jesteśmy tacy sami... Oszalałam przez Niego. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

  Better think twice, being evil has a price!



 Kilka lat temu po tym jak poznałam aroganckiego młodzieńca, który mnie omamił i zniszczył moją osobowość, którą budowałam niczym domek z kart postanowiłam, że skradnę jego. Zaczęłam naśladować jego zachowanie, styl; brakujące elementy układanki stworzyłam wedle wyidealizowanego obrazu jego, który stworzyłam przepłakując noce.
I oto stałam się wyrafinowaną zimną, nieczułą istotą, która dąży do celu nie patrząc na konsekwencje. Tak jak on potrafię iść na imprezę bez opamiętania, mam władzę, czuję, że mogę pociągać za sznurki. Około miesiąca temu rozmawialiśmy, powiedział mi dokładnie to co miałam w sobie, co czułam. "Dzieciak z niepełnej rodziny, gdzie zawsze hajs się nie zgadzał, potem pojawiły się pieniądze, wpływy, ale..." tu pojawia się mały kruczek; z rozmowy wynikało, że on wcale nie jest, aż tak pewny siebie, że jego psychika wcale nie była, aż tak silna, że on nie był wcale taki silny. To tylko kolejny dowód na to, że kochałam moje wyobrażenie człowieka, który mnie zniszczył. Zastanawiam się, czy można podpiąć to pod syndrom sztokholmski.
   Teraz chyba mi się to po prostu znudziło, stałam się nim, wchodziłam w jego skórę ze wszystkich sił. Pracuje na tym samym stanowisku co on, traktuje przedmiotowo ludzi, dokładnie jak on, nawet spojrzenie mam jego, cytuje jego słowa tyle, że to zbyt mało. Jego postać poznałam i jest nudna. Tak na prawdę, on wcale niczego specjalnego nie osiągnął, w ogólnym rozliczeniu wręcz mogę powiedzieć, że przegrał. Wcale nie był najlepszy, nie wytrzymał presji i życia w ciągłym stresie.
Wypisuje się z tego. Czas odejść od image Pani Kozlovskiej, którą nigdy nie będę.
Dokładnie tak samo postąpiłam z moją była przyjaciółką, siostrą, która wepchnęła mnie w jego ramiona. W momencie, gdy się poznawałyśmy była ode mnie dużo silniejsza, mogłam czerpać z niej garściami, z jej doświadczenia. Przyznaje, że było mi to bardzo potrzebne, aż ona również mi się po prostu znudziła, dostrzegłam błędy jakie popełnia, wzięłam z niej wszytko co było mi potrzebne i ... koniec.
Zdaję sobie sprawę jak okrutnie to brzmi, cóż... Zdarza się.
    Analizując moje zachowanie z ostatnich miesięcy zauważyłam jak chorobliwie szukałam nowego wzorca, byłam niczym w amoku. Podświadomie wiedziałam, że skradziona osobowość młodzieńca poznanego przed laty już mi nie wystarcza, że to stanowczo za mało.
Poszukiwania mogę określić jako niezwykle żałosne. Okazało się, że osoba do której czuję respekt jest na wyciągnięcie ręki; a przecież właśnie ktoś taki jest mi potrzebny, ktoś przed kim czuję respekt, kogo nawet nieco się boje, ktoś kogo aprobata jest dla mnie małym celem.
Sama długo nie mogłam w to uwierzyć; nowym celem osobowościowym jest mój PDSS ze sklepu na Ratajach. Schemat działania idealnie pasuje.
Od jakiegoś czasu myślałam, mówiłam i wręcz dociekałam jak wskoczyć na równe jemu stanowisko, to nie był przypadek. Młody, zaledwie 6lat starszy ode mnie, uparty, arogancki i bardzo skupiony na pracy. To jest dokładnie to, czego mi potrzeba. Za każdym razem, gdy dzwoni jestem stuprocentowo pewna, że zaraz zmiesza mnie z błotem, robi to. Jednak są to słuszne uwagi, co najważniejsze wpływa na moją ambicje, co zawsze mnie motywowało, bo nienawidzę być krytykowana. Bo 'Ja zawsze jestem najlepsza', to akurat sobie po nim zostawię.
Zastanówmy się na kogo kreuje się moja nowa osobowość. Jest na pewno stanowczy, budzi respekt, mało mówi, działa do czasu, aż nie osiągnie celu i potrafi załatwiać niemożliwe, co pokazał już w pierwszych dniach naszej współpracy.
Znaczyłoby to, że kolej na mnie. Czas zmienić garderobę na nieco bardziej poważną, właściwie to wrócić do poprzedniego stylu i działać, wymagać i nieco odciąć się od obecnego środowiska.
Niestety, ale mam czasem wrażenie, że zamieszkanie z moją podopieczną nie było najlepszym pomysłem, pomimo, że bardzo ją lubię, to mam wrażenie, że czasem ściąga mnie ona nieco w dół. Pomimo wielu wspólnych cech mamy bardzo odmienne światopoglądy. Osobiście widzę w niej siebie z przed spotkania tego aroganckiego młodzieńca. Wydaje mi się, że moja współlokatorka dużo by zrozumiała, gdyby przeżyła taki wstrząs jak ja, z drugiej strony nie chcę jej kazać tego przeżywać i chcę ze wszystkich sił chronić. Mam wrażenie, że ona tego nie rozumie, nie widzi. Co najgorsze zarzuca mi, że marnuje swoje życie,a ja... Nie mam najmniejszej ochoty się z nią kłócić i odbijać piłeczki, wolę wysłuchać i przemilczeć swoje zdanie. Przecież i tak mnie nie posłucha, więc po co marnować słowa. Gdybym powiedziała jej, co myślę o jej stylu bycia za pewne zostanę zmieszana z błotem, a mi jest po prostu żal tej dziewczyny, gdy widzę ją zakopaną w pościel z nadgryzioną kostką sera... Ale cóż, nic mi do tego. Niestety, ale nie mam czasu się za nią oglądać. Jestem pewna, że któregoś dnia zrozumie, o co mi chodziło, musi to jednak zrobić sama tak jak ja to zrobiłam.
   Plan jest prosty jak zawsze, muszę w pierwszej kolejności odbudować reputację, którą nadszarpnęła... nie, przeciągnęłam przez niszczarkę do papieru osobiście. Tym razem nie chcę wracać do czegoś, co było to postaci, którą odgrywałam w owym przedstawieniu. Czas stworzyć nową postać, to zawsze lepiej mi wychodziło.

Tak więc witam, nazywam się Aleksandra, jestem pracoholiczką, kariera i samorozwój na najwyższym stopniu jest dla mnie w tym momencie najważniejsze. A, zapomniałam dodać, nie obchodzi mnie Wasze zdanie, interesują mnie wyniki.



Zaczynam nowy rozdział, przede wszystkim czas porzucić rozciągnięte koszulki na rzecz koszul, zadbać o włosy i najważniejsze, odbudować reputację. Za 6 m-c, bo taki jest czas operacyjny widzę się jako szanowaną i spełniającą wszystkie standardy właścicielkę sklepów, z którą firma wiążę dłuższe plany, która ogromną wagę przywiązuje do poszerzania swoich horyzontów, nie tylko w kontekście zawodowym. Mogę z uśmiechem na ustach powiedzieć, że dla kariery i osiągnięcia celu jakim jest praca na najwyższym szczeblu managerskim w korporacji mogę zaprzedać duszę.  

A osoby, które w jakikolwiek sposób będą próbowały mi w tym przeszkodzić... Cóż, niezależnie czy będzie to działanie pośrednie, czy bezpośrednie z uśmiechem na ustach wytłumaczę im znaczenie słowa 'wypierdalaj'. Odsyłanie do diabła ludzi, którzy mi przeszkadzają idzie mi wręcz śpiewająco.
Teraz jestem tylko ja i mój cel, grasz ze mną, albo nie grasz wcale.
~See u later in hell, Darling 

środa, 18 maja 2016

Ołówki w ciszy

  Czyżby kolejny zwrot akcji w moim życiu...? Chyba tak, od 25 marca prowadzę drugi sklep. Już nie jestem po prostu ajentem, ale właścicielem dwóch placówek. Otwarcie drugiego punktu to chwilowo spełnienie moich ambicji zawodowych. Skończyły się czasy stania za kasą i pokątnego ogarniania reszty. W tym momencie mówimy o cichej walce, o odpowiedzialności za pracowników....
Otwieranie drugiego sklepu to ponowne przechodzenie przez kierat. Zaczęło się od wielkiego sprzątania, szaleństwa z towarowaniem.
Jak zawsze najistotniejszy jest czynnik ludzki, mam pod sobą kolejne dzieciaki, a w tym takiego jednego rudego, który siedzi teraz obok mnie i skrobie ołówkami po kartkach bloku. Dziewczyna, która miała po prostu być moim pracownikiem stała się kimś więcej.sukcesó Zaczęło się od długich rozmów, zabaw, wspólnych powrotów... Pojawiły się też kłopoty. W tym dzieciaku niestety widzę kawałek siebie. Jak zobaczyłam ją zniszczoną psychicznie bez wahania zaprosiłam ją do siebie; tydzień już ze sobą mieszkamy. Właśnie szykujemy się do przeprowadzki.
Może to trochę egoistyczne, fakt samotność doskwiera mi nieustannie. Teraz mam małego człowieka, którego bardzo lubię, za którego jestem poniekąd odpowiedzialna, bo przecież u mnie pracuje. Nie chcę mieć niewolnika, bo to nie o to chodzi. Chcę mieć kogoś, z kim będę mogła porozmawiać i jednocześnie zrobić tej osobie kawę rano. Bardzo mi zależy, by mój rudzielec miał swoje życie, swoje pasje; tylko niech czasem się pojawi.
Z jednej strony jest to ogromne ryzyko, bo przecież mogę stracić prawię przyjaciółkę i pracownika w jednym; z drugiej bez ryzyka nie ma sukcesów.
Liczę na relacje, która będzie bazować na wzajemnym motywowaniu się do pracy, pomocy w samorozwoju i oczywiście niezliczonej ilości śmiechu.
Coś więcej...? Szaleństwo! Nawet jeśli gdzieś taka myśl przeszłaby przez mój mały rozum należy ją natychmiast odrzucić. Byłoby to piekielnie nieuczciwe. Granie na czyiś emocjach, kupowanie go pomocą to jest zbyt wyrafinowane nawet jak na mnie. W sprawach zawodowych oczekiwanie, a wręcz domaganie się wdzięczności w zamian za wcześniejszą pomoc jest czymś oczywistym. Tu jednak chodzi o uczucia, o czyjeś życie. Sama jestem zniszczona przez bagaż emocjonalny i brak wyciągniętej pomocnej dłoni. Nie chodzi tu o naprawianie świata, nie będę wysyłać wody do Afryki, to nie dla mnie; dużo więcej satysfakcji daje mi poskładanie i wypuszczenie w świat małej istotki, która nie zasłużyła na przeżywanie piekła w domu.
Jak zobaczyłam rudzielca zapuchniętego od płaczu przypomniałam sobie moje noce na magazynie, bo przecież do domu nie było po co  wracać.
Boje się, że przywiążę się do tej dziewczyny, a ona będzie już na tyle silna, że nasze drogi się rozejdą.
Leżąc w łóżku zastanawiam się, czy właśnie nie spełniło się moje małe marzenie. Znaleźć kogoś, kim będę mogła się poniekąd opiekować, komu będę mogła dać nieco ciepła, kto zrozumie moje zaangażowanie w prace, ale z drugiej strony będzie na tyle samodzielny by nie ograniczać mojej suwerenności.
To by znaczyło, że wystarczy bardzo chcieć, by się udało, oby z pracą też ka było.
Teraz jak są dwa sklepy 'mamona' jest, czas zacząć walczyć o siebie. Następnym celem zawodowym jest dostanie się do centrali firmy. Przede mną dużo pracy, trzeba w końcu zrobić prawo jazdy, nauczyć się samodyscypliny, skończyć kurs angielskiego, studia i wszystkie kursy, które się natrafią, a będą pomocne w rozwoju.
Plan jest prosty. Z początkiem czerwca się przeprowadzamy, do większego pokoju. Każdy wyznaczy sobie cele i działamy.
Zabieram się za prawko, jak skończę kurs zapisuję się na angielski. Dead linie na zakończenie kursu jest w październiku, bo to czas na studia.
Zbyt dużo czasu już przeleciało mi przez palce, do 30 roku życia muszę jeździć służbowym, manadżerskim samochodem i mieć biuro w PFC Anderia. A to niespełna 8 lat...