wtorek, 24 listopada 2015

Cena marzreń

   Od zawsze powtarzałam, że zawsze dostaje to czego chcę. I mam; chciałam Żabę, chciałam być ajentem. Jestem, od czerwca prowadzę własny sklep. Tylko jakim kosztem?
Minęło pół roku, a ja straciłam większość znajomych z powodu braku czasu, straciłam kontakt z rodziną, straciłam wiarę w ludzi i szacunek do nich. Bo przecież dlaczego mam szanować ludzi, skoro sami tego nie robią.
Żeby zdobyć sklep zwerbowałam moją byłą przyjaciółkę i matkę do założenia sobie stryczka na szyję. Zmusiłam je do podpisania weksla, bez tego moje marzenie nigdy by się nie spełniło. Kiedyś wszyscy się przyjaźniliśmy, matka udawała pozytywne relacje, bo chciała pieniędzy, ona, moja była przyjaciółka była początkowo zachwycona, bo w końcu w życiu poczuła się ważna. A teraz, matka znów traktuje mnie jak ścierwo, a ona odeszła z pracy za 'porozumieniem stron'.
Po pół roku pełnej odpowiedzialności mogę szczerze powiedzieć, że ludzi to chodzące ścierwa. Kradzieże, niewyparzony język... Aż szkoda na to słów. Osobiście zawsze, gdy zarzucałam komuś brak kompetencji przewyższałam go w umiejętnościach, a tu? Ludzi drą mordę non stop, o wszystko. Nieraz mam ochotę rzucić kluczami, z drugiej strony jest mi piekielnie szkoda serca i pracy, którą włożyłam w ten sklep. Teraz sklep to wszystko co mam, nie wyobrażam sobie innego życia. Bez wykształcenia, w moim wieku i tak mogę uznać, że złapałam Pana Boga za nogi.
   Nie sądziłam, że marzenia są tak drogie, że droga do celu tak trudna, że można spać po 3h/dobę przez kilka miesięcy pod rząd i się przyzwyczaić do warunków jakie się sobie stworzyło. Boje, piekielnie się boje, czeka mnie praca ponad siły, zwolniłam wszystkie pracownice po tym, jak brakowało towaru z za kasy. Teraz trzeba odrobić straty, trzeba nów budować zespół od podstaw, przypomina to budowanie domków z kart...
Zastanawiam się w takich chwilach jak tera, cy dam radę, ale czy ja mam jakieś wyjście? Osoba, która wprowadzała mnie w świat Żabek przez 1/2 roku pracowała sama bez dnia wolnego. Czyli wychodzi na to, że się da, tylko trzeba mocno zagryźć zęby. Więc cóż... Czas start, tą bitwę trzeba wygrać jak każdą inna. Bo przecież, ja zawsze wygrywam.
  Przez tak mocno eksploatującą pracę cierpią też relacje damska męskie. Moje nigdy nie były trwałe, nigdy nie były jakieś wyjątkowe. Po prostu były. Na chwile obecną jest gorzej, relacje damsko-męskie ograniczają się głównie do alkoholu i seksu. W sumie, dupa nie monstrancja, a ja zawsze chciałam po prostu dawać sobie przyjemność, gdy mam na to ochotę. decydowanie mogę jednak powiedzieć, że kręcą mnie faceci po 30, nie wiem czemu. Mają więcej doświadczenia, są obyci i co najważniejsze są dużo lepsi w łóżku. Młodzieńcy nie potrafią przejąć inicjatywy, nie potrafią dać tyle radości co mężczyzna nieco starszy, który zna kobiece ciała. Jedyne co nie jest zbyt chlubne to fakt, że mam coraz więcej ofiar. Z drugiej strony, to przecież system zero-jedynkowy, to pożądanie jest, albo go nie ma, idziemy się pieprzyć albo nie. I tu od początku nie ma mowy o jakimkolwiek śniadaniu. Przecież zawsze chciałam tak żyć, mieć odpowiedni zapaś środków na koncie, pracę w której się spełniam i pieprzyć się z intrygującymi facetami. Czasem czuje się jak w filmie... Aktualnie na świeczniku jest mężczyzna, który zajmuje się remontami niedaleko mojego sklepu, 30-kilka lat, wredne usposobienie i całkiem niezły temperament. Mogę być dumna z mojej silnej woli, gdy ostatnio u niego spałam do niczego nie doszło, teraz żałuje! Przecież mogłam się tak dobrze bawić, z wstępnych gierek wynika, że warto się po gimnastykować i jeszcze raz umówić się z nim na wino.

"Stałem się nieczułym interesownym chujem, zrażając tym do siebie wszystkich i wszystko dookoła. Straciłem znajomych i odizolowałem się od ludzi. Zacząłem naprawiać największy błąd w życiu. Zrozumiałem i nauczyłem się więcej, niż niektórzy ludzie nie zrozumieją przez całe swe parszywe i gówno warte życie. Co czuje? Strach. Przed człekokształtnym monstrum stojącym mi tuż na głową, które każdego ranka i każdej minuty szepcze "uważaj na niego/nią". Najokrutniejszy fakt, z kilku miesięcy? Im bardziej sceptycznie i zimno podchodzę do życia tym częściej mam racje. Przestałem się "wyrażać" dla ludzi dawno temu. Nie są tego warci nawet w ułamku procenta. "Dlaczego mam mieć do nich szacunek skoro oni sami do siebie go nie mają""
~niestety to prawda, jeszcze chwila i będę się przestawiać Kozlovska... 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Nieprzytomna z bólu!

   Znów wolna, znów zdana tylko na siebie. Kim ja właściwie jestem? Zaczynam bardzo poważnie zadawać to pytanie.
W poniedziałek oficjalnie rozstałam się z moim partnerem. Żyłam z nim jak z mężem, wspólne mieszkanie, wspólne łóżko, wspólne gospodarstwo domowe. Nie byłam tam szczęśliwa.
W niedziele spotkałam się z moim serdecznym przyjacielem. Po długiej rozmowie i równie długim spacerze byłam niemal pewna, że nie chce z nim być. Puste mieszkanie tylko mnie upewniło w mojej decyzji. Teraz znów jestem w 'domu rodzinnym'. To śmieszne!
   Pomimo moich najszczerszych starań tu nie jest dobrze. Matka dziś usiłowała mnie wcisnąć pomiędzy panele za naprawdę błahostkę. To tylko dowód na to jak bardzo frustracja może niszczyć relacje międzyludzkie. Z jednej strony współczuje jej. Od roku szuka pracy. Z drugiej mam wrażenie, że podświadomie ona wcale nie chce jej znaleźć. Uczęszczanie na kurs to tylko przykrywka, bez tego nie można liczyć na zasiłek. Dziś chciałam jej pomóc, pożyczyłam komputer, dałam książkę mówiącą o psychologii rozmów kwalifikacyjnych. Odrzuciła ją. Szkoda, bo czasem ta sama wiedza przekazana inaczej zmienia punkt widzenia. Kolejny przykład to jej spędzanie czasu, ogląda telewizor. Przecież powinna się dokształcać, aplikować...! Z drugiej strony wchodzi tu  w grę stres związany z niepowodzeniami. To oczywiste, że nie ma siły na walkę, nie ma silnego charakteru.
   To nie o tym miał być ten wpis. Rozstałam się i nie czuję bólu, nie czuję smutku, nie tęsknie... To mnie przeraża. Żyłam z nim pod jednym dachem, a teraz po prostu nie interesuje mnie co się z nim dzieje. W mojej głowie cały czas jest ten arogancki młodzieniec. Wysrał mi serce bez najmniejszych skrupułów i teraz jest gdzieś w jego bałaganie.
Znalazłam sobie jego substytut. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Chciałam, znów czuć to co czułam u boku mojego ukochanego. I co...? Wszystko się zgadzało. Również arogancki, również przystojny...Zaczęło się niewinnie. Wspólna impreza, przypadkowe częste wizyty w sklepie, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Zaprosił mnie na piwo po pracy, spędziłam z nim całe popołudnie i gdy miałam już wychodzić atmosfera się zagęściła. Nasze spojrzenia zaczęły się krzyżować, nieśmiałymi krokami zlizaliśmy się do siebie, aż mnie pocałował, a później nasze ciała zaczęły tańczyć w rytm przyśpieszonego bicia serc.
Normalnie powinnam powiedzieć, że zaczęłam się z nim spotykać, ale nie... Zostaliśmy kochankami, był to tylko katalizator rozpadu mojego związku. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, kochaliśmy się, a ja byłam niemal pewna, że znalazłam mojego aroganckiego młodzieńca. Nieśmiało rozmyślałam o nim, nieśmiało snułam plany na przyszłość, rozmyślałam o wspólnych imprezach, gotowaniu... Nie pragnęłam znów pakować się we wspólne mieszkanie. Chciałam tylko mieć go bardziej niż inni na wyłączność, tylko czasem.
Wszystko było pięknie, aż do wczoraj. Niepewność, którą ofiarował mi wraz ze swoim ciałem tylko podnosiła poziom adrenaliny w mojej krwi. Wczoraj spotkałam się z nim i jego znajomymi, robiliśmy razem naleśniki z deserem. Wpadłam na chwilę do pracy, odebrał mnie i wino. Poszliśmy znów do niego. Czułam się jak najszczęśliwsza osoba na świecie. Usiadłam na parapecie, on stał obok. Piliśmy wino ze szklanek, rozmawialiśmy o wszystkim. To było piękne! Aż...usłyszałam, że jestem 'niezłą dupą', ale nie w jego typie do związku, że to tylko seks, że wyglądam jak laska, która kopie po jajach. Wspaniale! Przecież dokładnie taka jestem. Niezależna, zawsze stawiam na swoim, zawsze sobie radzę, zawsze zakochuje się w niewłaściwych facetach. Dokładnie to samo do zrozumienia dał mi złodziej serca. Przypadek? Przypadki nie stanieją!
Powinnam się rozpłakać i wyjść. Powinnam mu wygarnąć, ale nie. Zostałam, przyjęłam to na klatę. Co mi właściwie pozostało? Mogę albo mieć substytut ukochanego, albo nic. Trzymam się tego niczym tonący brzytwy. Skrawki wspomnień o tym arogancie napadały mnie nawet wczoraj. Zamykając czy widziałam każdą chwilę spędzoną z nim, wręcz czułam jego oddech na szyi. Zastanawiam się, czy to ma jakikolwiek sens. Jetem niemal pewna, że nie. Kocham chłopaka, który z pewnością już dawno o mnie zapomniał, nie potrafię powiedzieć, wykrzyczeć czego chcę. Ja, silna, niezależna, zbuntowana... Jedyne co trzyma mnie przy życiu to martwe wspomnienia o kilku spotkaniach, o dwóch nocach, o nim...
Przyjaciel z Warszawy mówi mi, że znów jestem sobą. Gotowa do walki nie wiedząc nawet kim jest przeciwnik, że znów mam ten 'mój' błysk w oku. Ten błysk, to łza tęsknoty za nim. Znów marzę o Helsinkach...

czwartek, 5 marca 2015

Kwestionariusz osobowościowy

Dziś trochę inaczej, jestem typowym zadaniowcem. Kontruję jakiś projekt, a następnie pracuję nad jego realizacją. Zazwyczaj ta metoda bardzo się sprawdzała jeśli chodzi o moje postanowienia skorygowania własnych wad. Czas spróbować ponownie...!


1. Kim jestem? 
Alex April, czas wrócić do rzekomego nazwiska. Pasuje ono do mnie zdecydowanie bardziej, jest takie, hmm...Aleksowe :3

2.Co mówi  o mnie mój wygląd? 
Cóż...Wyglądam jak uciekinier z korporacji, chociaż ostatnio zaczyna mi to przeszkadzać. Luźne koszulki i jeansy lepiej oddają moją osobowość. Oczywiście czasem nadal wskakuję w moje 'korporacyjne ciuszki', jednak styl 'na ważniaka' to tylko maska, którą przybierają ludzie. Dlaczego się stylizowałam? Bo chciałam po prostu żyć ponad stan. To było kreowanie osobowości rzekomej (mam zamiar napisać o tym pracę) czyli fałszywego obrazu siebie.

3.Jakie mam plany na przyszłość? Chcę otworzyć możliwie najszybciej własny sklep, by spełnić się jako handlowiec. Zrobię to wraz z obecnie najbliższą mi osobą, koleżanką z klasy. W między czasie będę studiować i zdobywać nowe zdolności. Będę szczęśliwa, będę samowystarczalna i piękna. Marzę, by móc stworzyć swoją ostoję w miejscu pracy.
Własne biuro,  w którym będę się uczyć, pracować. Takie moje małe miejsce. Taki mój mały biznes.

4. Co muszę zmienić? 

  • Więcej działania mniej gadania! - planów mam wiele, ale niestety często są to tylko słowa, które gubią się w przestrzeni. Od tej chwili, od tej sekundy biorę się w garść. 
  • Mniej telewizji, więcej książek! - ostatnimi czasy znów uciekam w kolorowe pudełko. Oglądam małe marionetki i fascynuje się ich życiem, zamiast własnym. Czas lepiej spędzać w bibliotece, z książką...Moja skorupa narosła, zabrała mi sibebie. 
  • Don't keep on pretending! - maska pseudo damy zdecydowanie do mnie nie pasuje. Jestem April, osoba która nie boi się ubrudzić i pije piwo na skarpie przy rzece. Jestem księżniczką, ale tylko dla książąt. Ohh...Czas nabrać spójności wizerunkowej. 
  • Lepsza organizacja - postanowieniem jest tworzenie każdego ranka listy zadań. Wstawanie o godzinie 6:30 i działanie! Jest to możliwe, znam siebie. Człowiek z natury jest leniwy, natury nie zmienię, ale mogę ją korygować. Mogę wszystko, jestem przecież A.April.  
   Teraz już tylko pozostaje wziąć mi się ostro do pracy. Tylko na czyją chwałę? Przecież ja...nie umiem kochać. Cóż...znów czuję, że mam dość wszystkich i wszystkiego; zwłaszcza jego. Tak, z jednej strony na prawdę jest dla mnie niezwykle ważny, z drugiej szczerze go nienawidzę. Non stop przyłapuję się na myśleniu o tym aroganckim młodzieńcu. Jedyna osobą, która wie jest ona. Moja przyjaciółka. Teraz, w rozmowie sama ze sobą, mogę przyznać, że kocham właśnie jego; rozkapryszonego, złośliwego gentlemana. Wiem, że gdybyśmy dziś się spotkali nasza znajomość wyglądałaby zupełnie inaczej. Wszystko było by inaczej, ale nie jest. 
Wstyd się do tego przyznać, ale przed kilkoma dniami niemalże omyłkowo wyszeptałam niewłaściwe imię podczas chwili uniesienia... 
   Chyba czas zacząć nieco uciekać. W pracę, w naukę we wszytko! Wczorajszej nocy, w przerwie między rozdziałami książki utuliałm jego głowę i tak bardzo chciałam go przepraszać. Łżę mu proso w oczy, mówiąc, że go kocham, że jest dla mnie najważniejszy. Tak na prawdę, gdyby moja miłość zadzwoniła, odezwała się, cokolwiek...byłabym gotowa by razem z nim uciec przed upływem kwadransa. Niestety potężnie dehumanizuję mojego partnera w niektórych sytuacjach tłumacząc sobie, że tylko jest narzędziem. Bo tak jest. Czasem marzę, by wrócić do domu i nie okłamywać świata, że jest dobrze, skoro nie jest...niestety moja duma jest zbyt duża, by to zrobić. Nauczyłam się okłamywać wszystkich już jakiś czas temu, teraz jestem już mistrzynią. Cóż...życie to gra, a ja nie lubię przegrywać, bejbe!

  Reasumując, czas po prostu chwycić życie za kark i nie dać się stłamsić otoczeniu, które jak zwykle pragnie mojej krwi. Z każdym dniem w swoich zachowaniach widzę więcej i więcej naleciałości po tym arogancie, to piękne!
  Zdaję maturę, otwieram sklep, idę na studia i odcinam się od wszystkiego co złe. Czasem trzeba udawać uczucia, trzeba manipulować i grać. Życie jest jak teatr, jak pisał F. Schiller.
So...Let's play a game!





środa, 18 lutego 2015

Goo Goo Dolls - Iris

   Miliony myśli plączą się w mojej głowe, owładnięte sennymi marzeniami o nim. O moim aroganckim młodzieńcu, który skradł mi serce, o tym który odebrał mi cnotę wbrew woli, o tym, który zranił i porzucił. Dlaczego moje myśli nadal krążą dokoła niego? Nie wiem, nie umiem tego sensownie wyjaśnić. To już dziesięć miesięcy jak czułam jego oddech na mej szyi po raz ostatni... A ja wciąż za nim tak bardzo tęsknie.
A może to ona? Może to Służebnica Lamii wciąż przechowuje jego obraz w swej pamięci? Ohh... to staje się nie od zniesienia. Zwłaszcza teraz, gdy przecież jestem w stałym związku, gdy mam u boku kogoś, kto mnie kocha, kogoś, kto słowami daje mi wszystko, całego siebie. Ale czy tak jest?
Przecież od zawsze słyszę, że to firma jest najważniejsza, a ja... wiecznie na drugim planie. Czasem czuje się jak etatowa praczka, kucharka i ladacznica w jednym. Z jednej strony znam ten stan doskonale, ale... to po prostu nie jest to samo. Tu nie chodzi o chwile uniesień, tu nie chodzi o zasobność portfela, ale o sam sposób bycia. Tak bardzo brakuje mi róż z biało-błękitnymi płatkami....Przecież ja wiem, doskonale wiem, ile razy przez niego płakałam, ale zawsze, przeklęte zawsze mu wybaczałam. A teraz...właśnie wróciłam z pracy, siedzę przy stole i tyle, ani trochę nie mam ochoty kłaść się do łóżka. Niby chciałabym się przytulić, ale nie po tym co zastałam. Poświęciłam cały ranek na ogarnięcie mieszkania, chciałam tylko trochę pomocy, ale...znów się przeliczyłam. Zastanawiam się, co mam zrobić by ten ktoś mnie zauważył.
Bycie cieniem, oddalenie, te uczucia znam doskonale, ale... najgorsze jest, że zaczynam się go bać. Nie chce znów wspominać o imprezie sylwestrowej. Problem w tym, że ostatnio coraz częściej zdarzają się jakieś szarpnięcia. Może to przez stres w pracy? Znów... kolejny, którego chce usprawiedliwiać. Nie...Przecież jego usprawiedliwiałam za wszystko, a przy tym sama nie byłam święta; teraz zresztą też nie jestem.
Najgorsze jest to, że czuje się trochę ograniczona, staram się zrozumieć, że on chce dla mnie dobrze, ale dlaczego tak bardzo? Dlaczego muszę ukrywać spotkania z przyjaciółmi, znajomymi, ukrywać siebie...?
Podobno jeśli ktoś każe Ci wybierać, należy właśnie jego odrzucić, a co jeśli będę musiała to zrobić? Przecież ja tego nie chcę.
Zastanawiam się, jakim cudem mogę jeszcze patrzeć w lustro. Po prostu jestem już dokładnie taka jak ten młody szarmancki porywacz serc. Nie mam sumienia, a moja moralność jest tak giętka, że można zawijać na niej kokardki. Nie jestem z tego dumna. Z drugiej strony wygrywam na tym bardzo wiele.
   Jutro znów będę się ukrywać. Pewien świeżo upieczony inżynier chce spędzić ze mną czas. To nic takiego, raz wyskoczyliśmy na imprezę, czasem popiszemy i tyle. Lubię, gdy pisze co potrzebuje, a dopiero później przychodzi po to do sklepu. A dziś...rozkładała mnie grypa, a on przyniósł mi herbatę z cytryną i miodem w termokubku, a później po niego przyszedł i tak uroczo mnie szczypnął w bok... Ahh... Lubię z nim rozmawiać, podyskutować, wypić piwo. To chore i doskonale to wiem, ale widzę w jego ciętym języku odrobinę mojego aroganckiego złodziejaszka.
Nadal mam obsesję na jego punkcie, tylko nauczyłam się ją ukrywać. Składam go z cech klientów, których obsługuję, to ktoś ma podobne rysy twarzy, to podobny głos, to równie odstające uszy, czy rozczochrane włosy. Boje się, że do końca życia będzie mnie to prześladować.
Boje się też, że tak bardzo mnie zranił, że już nikomu nie zaufam i nie oddam się tak jak jemu. Chociaż nie... to, że nikomu już tak się nie oddam jest pewne.
Może faktycznie jestem modliszką, która liczy tylko na siebie. Może po prostu trzeba przeczekać i uciec. Może jeszcze kiedyś dostanę różę o błękitno-białych płatkach... 

czwartek, 22 stycznia 2015

Suku-puk,to ja Twój strach...

   Jest środek nocy. Nie śpię. Dlaczego?
Ja i mój ukochany byliśmy na koncercie. Ohh... Co za udręka! Na prawdę, nie przepadam za tego typu imprezami. Dla mnie koncert to pogo, siniaki i piwo, które leje się po całym ciele. Dla mnie koncert to Jelonek, Koniec Świata...dla niego natomiast koncert to miejsce, gdzie można wczuć się w muzykę, podziwiać umiejętności muzyków i rozkoszować się ostrym brzmieniem.
   Różnimy się, to jest z jednej strony piękne, z drugiej nieco mnie przeraża. Kocham go najmocniej na świecie, nie wyobrażam sobie zasnąć przy kimś innym, nie potrafię już myśleć tylko o sobie. Z pewnością wiele rzeczy robię źle i będę robić je źle bardzo długo. Ale..Kocham go! Tak bardzo, że nawet nie potrafię tego opisać słowami.
Mogę jedynie porównać to uczucie z tym poprzednim, z tym fałszywym, wymuszonym. Dziś czuję się potrzebna, gdy wraca do domu pierwsze co robię to biegnę się przytulić; uwielbiam podawać mu obiad, a nawet prać jego ciuchy. Pragnę, chce i staram się być przy nim. Tylko czy on to dostrzega?
  Wracają co koncertu. Jest środa, jutro idę do szkoły, w weekend do pracy. Prosto po angielskim biegliśmy wręcz do klubu. A ja...dziś po szkole dwie godziny szorowałam łazienkę, kuchnie, a później jeszcze starałam się powtórzyć coś na lekcje. Byłam po prostu zmęczona, czy to takie dziwne?On bawił się dobrze, to przecież coś co kocha. Ja po prostu tam byłam, zmęczona, martwiąca się szkołą, domem i pracą. Ugh...staram się dla niego, dla siebie, dla nas. 
W czasie koncertu rozdzieliśmy się. W czasie powrotu do domu padło kilka słów za dużo. Przecież nie jesteśmy idealni! Jest mi wewnętrznie źle, że go zawodzę, że nie dzielę jego pasji, że...że go nie zadowalam, że nie jestem taka jaką sobie wymarzył.
Może powinnam jeszcze bardziej się otworzyć? Pokazać mu poezję, którą tak bardzo kocham. Zabrać na punkowy koncert, na wieczór poezji... A jeśli nie będzie mu się podobało? Boje się, po prostu panicznie boje się, że go stracę.
To dla niego rzucam palenie, to dla niego tak na prawdę budzę się co rano; z myślą o nim robię obiad. Nawet potrafiłam zerwać znajomości, na których mi zależało, tylko po to, by on czuł się ze mną dobrze.
Najbardziej przerażają mnie jego obawy w stosunku do mnie. Mam wrażenie, że on nie do końca mi ufa, że jestem dla niego tylko czymś przejściowym.
Jeden wieczór potrafi przekreślić tyle dobrego.
To prawda ostatnio niemalże się mijamy. Ja biegam do szkoły, on do pracy, po południami zawsze coś jest do zrobienia; ja mam obowiązki szkolne, domowe; on pracuje i pomaga mi czasem w domu. W weekendy ja pracuje. Wiem, że to poniekąd rujnuje naszą relację, ale.. przecież ja tak na prawdę nie mam wyboru. Zdecydowałam się na samodzielność i muszę ponieść tego konsekwencje. Poza tym... Cały czas z tyłu głowy huczą mi jego domysły o tym, że jestem z nim z pobudek finansowych. Przeprosił mnie za to, nie chcę mu tego wypominać, ale... to nadal we mnie jest. Nie chcę by tak myślał, między innymi dla tego tyle pracuje. Ja kocham jego, mojego Bąbla, a nie jego portfel!
   Dziś po tym feralnym koncercie padły słowa, które znów przebiły niczym sztylet mą duszę, "okazuje się, że z Tobą można iść tylko na piwo i do łóżka"... Nawet on, ten egoistyczny arogant nigdy mi tego nie powiedział. To przecież prawie jak nazwanie kogoś szmatą. I może przesadzam, i może jestem przewrażliwiona, ale słowa ranią bardziej niż sztylety.
Z jednej strony czuje się potwornie zraniona, z drugiej... i tak się dziś  niego wtulę, bo go kocham. Wytrzymam każdy cios jaki zechce we mnie wymierzyć, przecież go kocham. Chce pamiętać te dobre chwile, chce by było dobrze.
   Tyle razy, gdy śpi szepczę mu do ucha... może dlatego, że nie mam odwagi recytować mu Gałczyńskiego prosto w oczy. Po prostu boje się, że mnie wyśmieje, że nie zrozumie. Potraktuje jak nawiedzoną wariatkę, a ja... właśnie tak go kocham.


    - Powiedz mi jak mnie kochasz. 
    - Powiem. 
    - Więc? 
    - Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec. 
    Kocham cię w kapeluszu i w berecie. 
    W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie. 
    W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach. 
    I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona. 
    I gdy jajko roztłukujesz ładnie - 
    nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie. 
    W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku. 
    I na końcu ulicy. I na początku. 
    I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz. 
    W niebezpieczeństwie. I na karuzeli. 
    W morzu. W górach. W kaloszach. I boso. 
    Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą. 
    I wiosną, kiedy jaskółka przylata. 
    - A latem jak mnie kochasz? 
    - Jak treść lata. 
    - A jesienią, gdy chmurki i humorki? 
    - Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki. 
    - A gdy zima posrebrzy ramy okien? 
    - Zimą kocham cię jak wesoły ogień. 
    Blisko przy twoim sercu. Koło niego. 
    A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.
   Nie wiem co robić, moi byli znajomi się wykruszają, nie mam na nic czasu. Mam jego. Kocham go, ale czy on mnie kocha...?

wtorek, 6 stycznia 2015

Szare - Koniec Świata
"I urzekł mnie jednym nieprzemyślanym zdaniem, powiedział to niechcący a trafiło prosto do środka."
~ Katarzyna Wołyniec
  I znów to samo...! Nie chcę już tłumaczyć kogo opisuje ten cytat. Ona...! Dlaczego nie mogę nad nią zapanować i zmusić do uczuć, które są dobra dla nas. Czy one są dobre?
   Czuję, że tracę siebie! Ja, nie... My! Zawsze piękne niezawodne, niezwyciężone. A teraz...? Ohh... Zaczynam przyrastać do dresu.
Matura jest coraz bliżej, a ja nawet nie trafiam w klawisze na klawiaturze jak wcześniej. Zastałam się! Czuję się niczym ptak zamknięty w złotej klatce. Niby jest dobrze, spokój, mężczyzna, który mnie kocha, nawet relacje z rodziną są coraz lepsze. Ale... Dlaczego nie mogę rozwinąć skrzydeł?
Początkowo bardzo chciałam się dostosować, być idealną 'żoną'. Kobietą, która daje ciepło całej rodzinie, bla, bla, bla... Przecież to nie jestem ja!
Nazywam się Alex April, jestem córą Nezu i służebnicą Lamii! Przecież nie bez powodu to ona została moją patronką. Ohh... Czy pozostaje mi znów założyć maskę i wytrwałością pokonywać rywali? Może znów nadszedł czas, by być demonem zniszczenia nie zważającym na pragnienia innych? Tak...! To przecież nasze miejsce! Skrupuły tylko przeszkadzają w osiągnięciu celu. A Nam nic nie możesz przeszkodzić. Nie tym razem, gra toczy się o najwyższą stawkę! O NAS! 

Czas ponownie podszyć skórę nieufnością, nałożyć zbroję wytrwałości, okryć się płaszczem okrucieństwa, wpiąć we włosy klamrę z dobrych manier i spryskać perfum o zapachu magnetyzującej kobiecości. 

Czas znów tańczyć na linii niecelnych argumentów, pokazać wyższość nad szarą eminencją, która zaśmieca świat. Czas znów żyć jak obiecywałam, poza nimi. Jako ktoś lepszy, jak ktoś kogo stawia się za wzór. Czas zatopić się w literach, które tworzą słowa, które są sensem. Czas znów trafiać magicznymi słowami niczym sztyletem w samo serce. 
Orkiestra już jest, orkiestra już gra, teraz czas na występ... Drżyjcie głupcy! 

Ja nie chce być najlepsza, ja po prostu jestem najlepsza!