Nawet nie wiem, od czego zacząć. Jest niedziela rano, leżę we własnym łóżku i po prostu płaczę, nie jest mi smutno. Jestem, jestem... przerażona! Piątkowy wieczór i sobotnie przedpołudnie spędziłam z moim ukochanym. Pojechaliśmy do IKEI po regał, wróciliśmy do domu i...
To było niesamowite, ja siedziałam przy stole i uczyłam się, a on po prostu go skręcał. Przebrał się w dresik i walczył z deskami. Dlaczego ja płaczę wspominając to? Nie wiem, nie mam pojęcia. To było takie normalne, nikt nie krzyczał, co jakiś czas się do siebie uśmiechaliśmy, czy rzucaliśmy jakimiś głupimi uwagami. Przez te kilka godzin czułam się po prostu bezpieczna. Walczyłam z urządzaniem, z którego mam sprawdzian niedługo w towarzystwie kogoś, kogo kocham. Nauka wchodziła mi do głowy niemal sama i nawet późna pora nie zniechęcała mnie do robienia kolejnych notatek.
U mnie nigdy czegoś takiego nie było, nigdy nikt nie spędzał ze mną tak po prostu czasu. Nie dawał mi poczucia, że jestem coś warta. Wiem, że tata stara się bym czuła się dobrze, ale czasem mam wrażenie, że chce wszystko załatwić odpowiednio wysokim przelewem. Nawet gdy do niego jadę, te wizyty są trochę wymuszone...w domu, wszyscy doskonale wiemy, jak jest w domu. Matka nazywa mnie intruzem i robi wszytko by pokazać mi, jak bardzo nie pasuję do jej idealnego świata.
W piątek, jak już skończyłam robić notatki pościeliłam łóżko, on powiesił pranie, położyliśmy się, a ja cieszyłam się jak dziecko. Niby w domu też mam spokój, nikt nie wchodzi do mojej jamy, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jestem jak powietrze...ale to nie to. Teraz wiem, że nie ma nic piękniejszego niż przytulić się przed snem do ukochanej osoby.
Zawsze twierdziłam, że jestem niezdolna do uczuć, że nie potrafię kochać. Chyba po prostu blokowałam w sobie te wszystkie emocje. Gdy przy nim jestem nawet piekielny ból głowy, który mnie nie odstępuje od jakiegoś czasu na krok jest jakby lżejszy, a obowiązki domowe mogą sprawiać przyjemność.
Emocjonalnie jestem jak tick-taki bez pudełka. Czasem, gdy leżymy w łóżku przytuleni, ja po prostu zaczynam płakać. Łzy same napływają mi do oczu. Nie znoszę tego, on zawsze dopytuje o co chodzi, a ja...nie chcę mu tego mówić, wiem jak bardzo nie lubi słuchać o tym co we mnie siedzi; zresztą sama nie lubię o tym mówić.
Po tych kilku dniach, które razem spędziliśmy jestem z jednej strony wściekła, że przez 19 lat nikt, ale to nikt nie spędzał ze mną czasu. Tak po prostu, tak żeby posiedzieć w jednym pomieszczeniu. Niech każdy robi swoje, ale niech będzie obok! Jeszcze rok temu bardzo nie chciałam mieć rodziny, ale gdy dostałam namiastkę rodzinnego domu, w którym nie czuję się gość, czy intruz wiem, że chcę założyć rodzinę. Wracać po pracy, robić obiad i prać skarpetki. Marzę o małym berbeciu, który zostawia wszędzie swoje zabawki, o mężu, który spóźni się na obiad... O ludziach, których będę mogła kochać, i którzy będą mnie kochali.
Jest połowa października, a my ostatnio rozmawialiśmy o świętach. To było straszne, gdy tylko zaczął o tym mówić łzy napłynęły mi do oczu. W zeszłym roku dzień przed wigilią siedziałam w KFC, w jednym z centrów handlowych i zajadałam smutki. Wigilię niby spędziłam u taty, ale już o 22 byłam w domu i sama zapijałam smutki. Wielkanoc, było coś takiego w tym roku? Faktycznie! Przecież miałam nawet inne godziny pracy. W Wielką Sobotę poszłam się przejść z byłym znajomym i skończyło się na zapijaniu smutków. Całą Niedzielę Wielkanocną przespałam. Zawsze na święta brałam sobie jakieś dodatkowe zlecenia, byleby nie myśleć. A w piątek... Oglądaliśmy foremki do ciasta w kształcie reniferów i... nagle tak bardzo chciałam robić te ciastka, przyozdabiać je lukrem, ubierać choinkę (nawet nie pamiętam ile lat temu ostatni raz to robiłam, no chyba, że chodzi o wystrój szkoły, czy sklepu)...
To żałosne, powinnam się cieszyć, że w końcu mam na to szansę, a nie zalewać się łzami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz