Najgorsze uczucie, jakie może Cię dopaść to brak satysfakcji z tego co robisz. Brak chęci do dalszego działania. Swoiste wypalenie.
Ostatnimi czasy budząc się bardzo często to czułam. Mój system wartości przewartościował się do tego stopnia, że wszystko co sprawiało mi przyjemności jakby zamarło. Po prostu jest, ale nie jest już częścią mnie. Wiem czym jest to spowodowane, bardzo długo byłam infantylna. Taki mój urok, że zmieniam się niezwykle szybko. Tak na prawdę, to zaczęło się już wcześniej, ale tego nie widziałam...a może nie chciałam widzieć?
Zrezygnowałam z kursu rysunku, nie dość, że nie sprawia mi to już satysfakcji, to po prostu nie mam na to czasu. Dużo większą wagę przywiązuję do nauki języków. Ostatnimi czasy z zapałem czytam książki psychologiczne, lubię to. Korzystam z tej wiedzy na co dzień i widzę efekty. Nie sądziłam, że byłam tak prosta do rozszyfrowania, skorzystał z tego.
Przeraża mnie świadomość, że matura się zbliża, że zaraz będę musiała zdecydować co chcę robić, że sobie nie poradzę. Wiem, że te lęki są irracjonalne, mam do tego skłonność od dzieciństwa. Zazwyczaj wszystko mi się udawało, a poza planem A był jeszcze cały alfabet. Wiem, że mam wsparcie Taty, wiem, że jestem wystarczająco zdolna. Ale nadal, nadal czuje strach...
Tata wypytuje mnie o plany na przyszłość (to potęguje uczucie niepewności), wiem, że powinnam iść na architekturę, ale jakoś nie jestem do tego przekonana, z drugiej strony szkoda byłoby zaprzepaścić to co teraz mam; z trzeciej strony zawszę mogę do tego wrócić. Mi marzą się studia z psychologii, socjologi, marketingu... Chciałabym być PR-owcem, to zawód wymagający kreatywności i pozwalający się spełnić. Mam naturę kameleona, a tu elastyczność się przydaje. Tu można powiedzieć, że w kontakcie z klientem jest równie ważna. Ugh...Mam mętlik w głowie.
Przeraża mnie myśl, że mogę się nie spełnić, że nie zrobię wszystkiego co bym chciała. Z drugiej strony, we wszystkim można znaleźć siebie.
Czas znów przesiadywać w czytelni i studiować obszerne tomiska z przeróżnych dziedzin.
Wydaje mi się, że brak poczucia stabilnego gruntu spowodowany jest tym co nawywijałam w szkole w pierwszym semestrze. Przeszłość prędzej, czy później zawsze nas dogania. Ciesze się, że Tata mną wstrząsnął.
"Oddam nerkę za trzy dni wolnego", mówiłam tak cały zeszły miesiąc. Dostałam wolne, bez oddawanie nerki. Mój organizm powiedział 'stop', przespałam niemal trzy dni bez wstawania z łóżka. Oczywiście nie obyło się bez komplikacji. Matka jak zawsze nie potrafi nic załatwić, wszystko jak zawsze jest ważniejsze. Czasem czuje się, jakbym narzucała się Tacie, ale on zawsze powtarza mi, że tak nie jest. Załatwił wszystko, przyjechał zobaczyć jak się czuje i skoczył do apteki. A ona? Nic, nawet nie zapyta, czy żyję.
W zeszłą niedziele spędziłam popołudnie u taty. To było chyba najnormalniejsze popołudnie jakie pamiętam. Pogadałam z nimi, poczytałam bąblowi książkę i było wszystko takie... normalne, takie prawdziwe i pozytywne. Wróciłam do domu i się poryczałam jak dziecko.
Zobaczyłam dwa skrajne światy. Rzeczywistość zatwardziałej, niesamodzielnej, sfrustrowanej kobiety, która ma niespełnione ambicje i obwinia o to cały świat i normalną rodzinę, która się kocha, czasem posprzecza i jest pozbawiona obłudy; oboje mają prace, która pozwala na spokojne życie. Nie są uwiązani na żadnej smyczy, czy innej pępowinie, to piękne.
Mam wybór, nadal mogę osiągnąć to co chce, nadal jestem młoda i nawet jeśli teraz robię coś źle mogę to skorygować. Ta myśl dodaje mi otuchy.
Od jakiegoś czasu prześladuje mnie jeden sen, powtarza się co noc...
Jakiż to sen?
OdpowiedzUsuń