wtorek, 1 stycznia 2013

Sok porzeczkowy i miętówki.

   Może to dziwne, ale zawsze, jak staram się coś zmienić sięgam po sok z czarnej porzeczki i miętówki; im bardziej miętowe tym lepiej.
Dlaczego akurat to? Sama nie wiem. Sok... Może dlatego, że ma piękną barwę, jest prawie jak wino, najbliższy barwie krwi. Poza tym, jego wyjątkowy smak. Na początku zawsze czuje się słodycz, odrobinę rozkoszy, dopiero po chwili atakuje nas kwaskowa, cierpka nuta tego owocu. To właśnie uczucie goryczy pozostaje w naszej pamięci po przełknięciu. Wydaje mi się, że właśnie z tego powodu tak go ubóstwiam, jest dokładnie jak z niemal wszystkim w moim życiu. Na początek jest tajemnica, jak barwa soku, później słodycz, rozkosz, czyli pierwsza nuta jaka wyłania się ze smakowania soku porzeczkowego i nadchodzi czas na to, co nieuniknione, czyli gorycz porażki, przegraną i pozostanie niemiłych wspomnień.
Przyszedł czas na wyjawienie tajemnicy miętówek. Nie jest tak skomplikowana jak mogłoby się wydawać po wcześniejszym rozważaniu na temat soku porzeczkowego. Miętówki po prostu zastępują mi papierosy. Obiecałam sobie, że nie będę palić; już nigdy. Mam zamiar dotrzymać słowa danemu samej sobie.

  Dużo się zmieniło, u mnie i we mnie. Porzuciłam raz na zawsze uczucie, które tliło się we mnie od kilkunastu miesięcy. Nadal przed snem, rozmyślam o Nim, ale wiem, że to i tak nie dojdzie nigdy do skutku. To fatalne zakochanie mnie niszczyło, muszę się pozbyć tego uczucia ... W sumie to chciałabym pozbyć się wszystkich uczuć. Nie czucie jest o wiele łatwiejsze.
  Kolejna sprawa, bardziej przyziemna to moje ręce... Zdrewniały, a może, to nie ich wina. Projekty (uczęszczam do szkoły projektowej), które oddaje są nadal bardzo dokładne, estetyczne. Na niemal najwyższym poziomie. Może to wina mojej głowy, moja wyobraźnia umiera. Teraz, jak przelewam to na wirtualny papier dochodzę do wniosku, że to nie wina moich rąk. To wina mojej głowy. Ehh... Wolałabym, by była to wina dłoni. Łatwiej byłoby z tym zawalczyć.

   A teraz zmiana tematu. Wiem, że to bezsensowne, ale muszę to z siebie wyrzucić.
Ostatnimi czasy, pomimo licznych kontaktów towarzyskich czuje się bardzo samotna. Wieczorem zasypiam z słuchawkami w uszach, by nie słyszeć ciszy.
  Tak na prawdę, brakuje mi kogoś, kogo chyba nigdy przy sobie nie miałam, a może miałam i tego nie zauważyłam... Chodzi o osobę, która wytrzymałaby moje wahania nastrojów, była przy mnie zawsze. Która uderzyłaby mnie w łeb, jak sięgałabym po jakieś używki. Po prostu ktoś, kto by mnie znał tak jak ja znam siebie. Heh... Ktoś przy kim mogłabym się rozpłakać i rozmazać, nie martwiąc się o konsekwencje.
Chyba właśnie w tej chwili uświadomiłam sobie, że nigdy nikogo takiego przy mnie nie będzie.
Wychodzi na to, że moje założenie  z przed około roku, stwierdziłam, że kupię sobie owczarka niemieckiego i będę razem z nim mieszkać w mieszkaniu, w jakimś dużym mieście, jest aktualne.

3 komentarze:

  1. Czuję się jednak trochę urażona. Płakałaś, rozmazywałaś się, a nawet... w chwilach rozterki bądź upojenia, chciałaś zrobić coś strasznego. Przecież byłam przy Tobie i nadal mam nadzieję, że mnie czujesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czuje Twoją obecność. Nie chcę, być czuła się urażona.
      Chodzi mi o to, że chyba nigdy nie byłaś moja w 100% procentach. Zdaje sobie sprawę, że to egoistyczne...

      Usuń
    2. Rozumiem co chcesz powiedzieć. Ale... Nie da się być czyimś w 100%. Nawet sobie samej.

      Usuń