sobota, 25 marca 2017

Szklany sufit

     Stało się, mój świat po prostu runął. Trzaski i trzeszczenie było słychać od dawna, zawsze jednak jakoś udawało mi się wszystko utrzymać w ryzach; aż w końcu nie zdołałam udźwignąć ciężaru obowiązków jakie na mnie spoczywają.
     Miało być pięknie, miała być kariera w firmie, miał być Żabowóz, miał być związek jak z harlekina... A co jest?
Jest szklany sufit, którego nigdy nie przebiję, jest przemęczenie i przepracowanie, jest frustracja, lęk o jutro i relacja, która bardziej przyprawia o dreszcze strachu i niepewności, niż dodaje skrzydeł.
    Zaczęło się w grudniu, niewyjaśnione zaginięcie pieniędzy z utargu. Później było tylko gorzej, problem z pracownikami na drugim sklepie, ogromne straty towarowe, niesubordynacja, stres i brak jakiejkolwiek stabilizacji.
Drugi sklep miał być furtką do pracy bezpośrednio w Centralii, miały być nagrody, wyróżnienia, miało być kurwa pięknie.

Najmłodszy Franczyzobiorca w sieci, osoba zaangażowana w prace, w funkcjonowanie wypracowanych mechanizmów. Ta, do której zawsze można zadzwonić z każdą sprawą i o każdej porze. 
Rozpoznawalne nazwisko, które samo w sobie jest marka w wewnętrznych strukturach. Piękna, rodem z filmu kariera, która zaczęła sie od najniższego szczebla, a doprowadziła na szczy. 

Wyszło jak zwykle, wyszło po Polsku. Wszystko poszło w las, którego jeszcze nie zdążyli wykarczować. 
Wewnętrznie czułam, że utrata dziewczyny, z którą pracowałam od samego początku na sklepie, o którym mowa będzie równoznaczna z jego końcem. 
Odeszła. 
Odeszła zrywając wszystkie mosty, znów za bardzo chciałam pomagać całemu światu niemyśląc o sobie i znów oberwałam. Nakradła, zajęła się czarnym PR'em i tyle... Co z tego, ze odzyskałam pieniądze? Co z tego, że zwolniłam ją dyscyplinarnie? Przecież nikt nie zrekompensuje mi nieprzespanych nocy, nerwów i tych wszystkich złych emocji, które się we mnie nadal się tlą. 

   Zaczęło się nerwowe poszukiwanie pracowników, walka o każdy wolny wieczór, który mogłabym przecież spędzić z Nim, gdyby tylko chciał... Gdyby zechciał być, a nie tylko bywać. 
Znów praca po 17h, znów zaległości, goniące terminy, wytyczne. Niedospanie, stres i brak jakiejkolwiek motywacji do pracy, tylko namnazajace się kłopoty i niedopatrzenia na każdym froncie. 
Po trzech miesiącach nieustannej walki moje sklepy cierpią, moi ludzie tracą cierpliwość, a ja konam ze zmęczenia i nie jestem wstanie utrzymać tego co zbudowałam od podstaw w ryzach. 
Po tym jak po prostu padłam ze zmęczenia zaczęły pojawiać się głosy, że może lepiej będzie jak wrócę do prowadzenia jednego sklepu. Degradacja. Nie chciałam sie na to zgodzić, chciałam walczyć z całych sił. 
Przecież to ja, legenda Centralii, ta która odebrała ogromne pieniądze po inwentaryzacji, ta najmłodsza, lekko bezczelna, ale perfekcyjna i zdolna. 
Przecież mieliśmy razem ratować ten sklep, przecież mieliśmy robić remodeling, mieliśmy wyrobić mu opinię najlepszego sklepu w mieście. Miał być odkryty na nowo... 
Przemęczenie, niepewność, próba włamania do sklepu, groźby ze strony dziewczyny, która dla mnie pracowała. Jakoś się trzymałam, próbowałam być silna, próbowałam po prostu powoli nadrabiać zaległości nie tworzyć nowych. Niestety... moje ciało powiedziało basta, wróciłam z pracy i zasnęłam na 16h, wszyscy mnie szukali. To było nawet miłe, że osoby, z którymi już niepracuje, przełożeni bali  się, że coś mi się stało, że potrafili na chwilę zapomnieć o wytycznych i spojrzeć na mnie jak na człowieka. Jeszcze wtedy miałam w sobie wolę walki, podniosłam się obolała z łóżka i na prawdę chciałam dążyć do moich ideałów. Przecież to miały być chwilowe trudności, chwilowe problemy, miałam stanąć na równe nogi i po jakimś czasie wspominać te dni z niesmakiem, móc spojrzeć w lustro i przez zaciśnięte zęby wyszeptać, że to ja A.April, niezniszczalna, nieśmiertelna.


Znów cały mój świat runął niczym domek z kart w mniej niż dwadzieściacztery godziny. Skąd ja to kurwa znam, przecież już przeżyłam jeden koniec mojego świata. Przez cztery lata starałam sie dojść do siebie, gdy czułam, że wszystko jest na dobrej drodze zńow na moich oczach wszystko się posypało. 
Miałam dać radę, ale nie dałam. 
Znów bezczelna kradzież towaru, może pięć, może siedem czteropaków. Po obejrzeniu nagrania, po prostu coś we mnie pękło. W ciągu kilku sekund z tej, która miała wygrać każdą walkę, która przecież jest niezniszczalna; zmieniłam się w rozchwianą emocjonalnie, znerwicowaną i wypaloną istotą. 
Kolejne wertowanie statystyk, kolejne rozczarowania. Nie mogę zaklinać rzeczywistości, bez pomocy Centralii nie utrzymam sklepu, który generuje straty na poziomie niemal trzech procęt globalnego obrotu i trzydziestu pracęt przychodu, który musi starczyć na utrzymanie pracowników, uregulowanie zobowiązań wobec urzędów i reszty kontrachentów. To niemożliwe.




Z płaczem, tak nie udało mi się powstrzymać emocji. Zadzwoniłam do mojego opiekuna handlowego i po prostu powiedziałam, że to koniec. Nie wiem czemu, ale zadzwoniłam też do opiekunki z rejonu drugiego sklepu, nie znamy się zbyt dobrze, ale czuje w niej bratnia duszę. Ona bardziej we mnie wierzy niż ja sama.
Albo jestem jak kurwa, która jest wstanie oddać ciało i godność za złudne chwile bliskości i równie złudne poczucie przynależności....A może nawet miłości?
Czułam się taka przegrana, żałosna. Oczy zapuchnięte od płaczu, niedomagające ciało z ledwością będące wstanie utrzymać się na krześle z wyczerpania owinięte zbyt dużą bluzą. 
Ich oczy skierowane na mnie, a raczej na to co ze mnie zostało. W tych oczach nie było rozczarowania, w jej oczach była tak piękna matczyna troska, z którą nikt od lat tak na mnie patrzył. Jego oczy były przepełnione lękiem, bał się tego do czego dopuścił; zawsze pomimo zmęczenia potrafiłam kreować się na osobę, która udźwignie każde trudności czy niepowodzenia, osobę która nigdy się nie poddaje. Nagle zobaczył mnie bez maski dnia codziennego. Miałam nigdy niedopuścić do takiego emocjonalnego roznegliżowania. Kolejna przegrana walka. Która to już z kolei? 
    Decyzja którą podjęłam jest nieodwracalna. Podejmując ją z jednej strony poczułam ulgę, uwolnię się od miejsca, które przyczyniło się do kolejnego upadku. Mam świadomość jakie niesie to za sobą konsekwencje; począwszy od zwolnienia garstki świetnych ludzi, którzy ze mną pracują, przez zatrzaśnięcie drzwi do pracy w Centralii. Teraz jestem postrzegana jako ta, która nie podołała rzucobemu wyzwaniu. Ta która przegrała. 
Pomimo wszystko, pomimo okoliczności tej rozmowy czułam ich wsparcie. Opadł kurz, oboje z niedowierzaniem spoglądali w moją stronę. On szukał rozwiązania i przewidywał konsekwencje, robił to z zimną krwią; jednocześnie próbując udowodnić, że sytuacja wcale nie jest absurdalna; jego oczy uciekały, próbował rozładować napięcie. Ona przejęła role opiekuna, pocieszała mnie. Tak bardzo jej potrzebowałam, tych kilku słów otuchy, banalnego zapewnienia, że to wcale nie jest koniec świata. Ktoś zrobił coś dla mnie, przecież wcale nie musiała przyjechać, to nie jej rejon operacyjny, to nie jej sklep.


~Niedokończone myśli z 9/03/17